Trochę zdjęć:)

5 12 2009


Postaram się wkrótce zaktualizować galerię:)

Pozdrawiam

rybka



Ko Lipe

4 12 2009
Na Ko Tarutao spędziliśmy 6 nocy. Początek grudnia powitał nas jak na to miejsc dość zimowo. Przez dwa dni padał deszcz i nie było słońca. I tak było przyjemnie:) Dni tam lecą bardzo szybko. W ciągu dnia można czytać książki, spacerować, kąpać się w morzu… Jednak jak robi się ciemno, to mieszkając w namiocie ciężko jest się czymś zająć, zwłaszcza takim małym jak nasz. A że nie ma tu nic więcej po za restauracją czynną do godz. 21:00, w której jest prąd, to chodziliśmy spać bardzo wcześnie. Mimo iż w namiocie, to mieszkało mi się tam bardzo dobrze. Pięknie było widać pełnię księżyca w nocy i całą wyspę na tarasie widokowym, położonym wysoko na skale. Ale wystarczy już tej dziczy, ma ona swoje plusy i minusy! I tak wracając na ląd będziemy przepływać spowrotem obok Tarutao, możemy tam zawsze wrócić:) Teraz jesteśmy na kolejnej wyspie Ko Lipe. Ta jest już zupełnie skomercjalizowana i przystosowana pod turystów. Jednak jest tu przyjemnie. Mieszkamy w bambusowej chatce, blisko morza z ładną łazienką. Widoki też ładne, krystaliczna woda (na Tarutao jest dużo planktonu, przez co woda była mętna). Jest tylko jeden minus, jest drożej. Zwłaszcza noclegi, wybór jest spory, ale ośrodki są tu nowe (niedawno zaczęto tu budować) i ceny są dość wysokie. Większość ludzi  tu przyjeżdża na tydzień, dwa i są oni w stanie dać więcej za ładną chatkę przy plaży. Nie ma tu chyba za wiele podrużujących przez pół roku. Ale wyspa i tak mnie pozytywnie zaskoczyła, bo bałam się, że tu będą same luksusowe resorty. Jest za to większy wybór jedzenia, no i internet:)
Pozdrawiam
rybka


Wyprawa nad wodospad

30 11 2009
Jak już wspominałam na wyspie jest sporo miejsc do oglądania. My wczoraj wybraliśmy się nad wodospad Lu Du. Wyprawa zajęła  nam cały dzień, łacznie 9h. Wyszliśmy rano po śniadaniu. Początek był lekki. Idzie się utwardzoną betonową drogą między drzewami, nie sposób się zgubić. Wędruje się przyjemnie, dookoła wysokie drzewa, zielona trawa a w oddali szum morza. Jakieś dziwne stworzenie ukryte między gałęziami przez cały dzień wydaje dźwięk przypominający gwizdanie czajnika z gotującą się wodą. Słysząc to pierwszy raz myślałam, że to jakieś urządzenie, ale gdy weszliśmy w las dźwięk się nasilał. I to tak piszczy przez cały dzień! Minęliśmy jedną plażę, później drugą bardziej kamienistą, aż pojawił się drogowskaz na wodospad. Ścieżka prowadziła w głąb lasu, wzdłuż rzeki. Tam już nie było tak łatwo się przedostać. Przez pewien czas przez las prowadziła wydeptana ścieżka, ale gdy ją zgubiliśmy szliśmy wzdłuż rzeki po kamienieniach, dość sporych, które leżały na jej brzegu. Nazwała bym je nawet głazami, bo były naprawdę duże. Momentami trzeba było przechodzić przez rzekę z jednego brzegu na drugi. Trasa ta nie jest zbyt dobrze oznakowana. Miejscami są przyczepione do drzew strzałki, ale każda pokazywała inny kierunek:) chociaż o tyle dobrze, bo jest to zawsze znak, że jesteśmy na szlaku. Z resztą idąc wzdłuż rzeki prędzej czy później musieliśmy dojść do wodospadu. Podejrzewam, że droga specjalnie nie jest oznakowana, żeby osoby, które się wybierają tam, wynajęły przewodnika, który oprowadzi ich po wyspie. My jednak woleliśmy sami tam trafić, cała przyjemność w tym, że się idzie w nieznane! Jest to pewnego rodzaju przygoda (nam udało się tam dotrzeć, ale rozmawiałam z parą, która się poddała i zawróciła, nie ujżeli wodospadu). Po paru godzinach wędrówki wkońcu dotarliśmy do celu. Szcerze mówiąc to już miałam parę momentów zwątpienia, żeby zawrócić i iść spowrotem, przecież nic na siłę, jestem tu z przyjemnośći a nie z przymusu, tym bardziej, że bałam się, że zastanie nas wieczór. Tutaj zmrok zapada po 18:00. A przed nami jeszcze kawał drogi powrotnej. Jednak czasem warto się wysilić, dla samego siebie i wrażeń! Zebraliśmy jeszcze trochę sił i warto było! Co prawda nie jest to wielki wodospad spadający z wielkiej skarpy w dół, tak go sobie wyobrażałam. Raczej należy do tych mniejszych:) I tak miał swój urok. Jest przy nim jeziorko, ze słodką wodą, gdzie można pływać i skakać ze skał do wody! Klimat niesamowity. Jezioro w środku lasu, otoczone skałami, nikogo dookoła nie ma, tylko my.  Przeźroczysta woda, w której pływają rybki i skubią po nogach. Wykąpaliśmy się i zrobiliśmy sobie mały piknik. Przynieśliśmy trochę jedzenia ze sobą. Niestety nadeszła burza i trzeba było się schować przed deszczem. Mam tu na myśli głównie plecaki, żeby nie przemokły. Było całkiem ciepło, więc nie zmarzliśmy strasznie. Ale lało tak mocno, że trzeba było przeczekać, bo źle się idzie w ulewie, jeszcze po wielkich kamieniach wzdłuż rzeki, gdzie w każdej chwili można się poślizgnąć. Przestało lać, ale deszcz i tak jeszcze trochę siąpił. Spowrotem nie wiem jak to się stało doszliśmy szybciej, mimo iż było ciężko! Mokre, śliskie skały, trochę się poobijałam. W pewnym momencie myślałam, że przegapiliśmy ścieżkę, która prowadziła do głównej drogi. Po deszczu ubita ziemia wszędzie wygląda tak samo, ciężko rozpoznać między drzewami dróżkę. Miałam wrażenie, że te skały się ciągną i ciągną! W końcu udało się, wyszliśmy na główny szlak, przestało padać. Wrażenia były wspaniałe po wodospadzie. Kąpiel w tak dzikim miejscu była cudowna, szkoda tylko, że tak daleko.  Ale przez to, że tyle się idzie, tak bardzo się docenia takie miejsca! Cała ta przeparwa przez rzekę. Zmęczenie się na własne życzenie jest przyjemne. Szliśmy już spokojnie drogą w stronę „domu” z nadzieją, że wreście się położymy i odpoczniemy po całym dniu chodzenia. Jednak to jeszcze nie koniec. Chcieliśmy sobie skróćić drogę powrotną i końcowy odcinek przejść plażą, po skałach. Tym bardziej, że dzień wcześniej tamtędy szliśmy na spacer, naszą plażę od tej oddzielało pasmo skał, po którym w ciągu dnia dało się przejść, ale nie wieczorem, gdy zaczął się przypływ! Więc ja popłynęłam w pław a Grzesiek szedł wzdłuż skał z plecakami, żeby ich nie zamoczyć. Jest wysoki więc fale go nie przykryja a tam jest w miarę płytko. Dla mnie stojąc przy brzegu, wyglądało to strasznie, fale tak mocno obijały się o skały, że bałam się, że mnie przykryją i połamią. Dlatego wolałam płynąć, nie był to daleki odcinek. Trzymałam się z dala od brzegu, żeby mnie prąd nie ściągnął na skały. I już prawie dopłynęłam do brzegu, gdy nagle zgubiliśmy się z Grześkiem. Po ciemku nie było nic widać. Ale krzycząc słyszeliśmy się, jednak w pewnym momencie ja go już przestałam słyszeć! Płynęłam swoim tępem a on szedł swoim. Nie mogliśmy się zlokalizować po głosie i wystraszyłam się, że coś się stało. Zarówno ja się bałam, że jemu coś się stało na skałach i on, że mi jak płynęłam. Co się okazało później, dało się przejść swobodnie, woda sięgała do pasa przy skałach a fale nie były już takie groźne, mogliśmy iść razem. Jednak chwilę grozy przeżyliśmy, gdy się zgubiliśmy w ciemnośći na morzu. Tym bardziej, że byliśmy zmęczeni po całym dniu wędrówki. A przy  brzegu fale wyglądały naprawdę groźnie. Już nie raz zostałam przykryta przez fale i opiłam się wody a tego wieczoru morze było wzburzone. Co gdyby tylko jedno z nas dotarło do brzegu?? W takich chwilach różne rzeczy przychodzą do głowy. Adrenalina mi bardzo podskoczyła! Nagła świadomość utarty kogoś bliskiego jest naprawdę przerażająca. Na szczęście nic się nikomu nie stało, wyszło małe nieporozumienie. Zmęczeni, też tego lepiej nie rozplanowalśmy tylko po prostu wleźliśmy do wody, chcąc jak najszybciej znaleźć się na brzegu. Odpoczynek w namiocie po takim dniu jeszcze nigdy nie był taki przyjemny!

Pozdrawiam
rybka


Ko Tarutao

30 11 2009
Moje wyobrażenie dzikich wysp skonfrontował realny świat. Nie tak to sobie ją wyobrażałam, ale to co zastałam wcale mnie nie rozczarowało. Jednak spodziewałam się o wiele  mniej zabudowań i ludzi. Cała wyspa Ko Tarutao należy do parku narodowego, na której znajdują się tylko: toalety i prysznice, jeden sklepik, jedna restauracja, biuro z mini biblioteką, małe muzeum, wypożyczalnia rowerów, no i bungalowy (tych co prawda jest dość sporo, nie spodziewałam się aż tylu), ale wszystko należy do parku. Mieszczą sie one wszytskie przy porcie, gdzie przypływają łodzie. Reszta część wyspy jest kompletnie dzika a jest ona dość spora. Nie ma żadnych prywatnych inwestorów, warkotu aut, choć parę skuterów jeździ po wyspie (a nawet udało nam się usłyszeć koparkę!). Nie da się uciec od cywilizacji, zresztą nie mam nic przeciwko niej, bo życie w kompletnej dziczy może być trudne, trzeba martwić się o to żeby wogóe przeżyć a nie jak żyć. Natomiast mając zapewnione podstawowe minimum, potrzebne człowiekowi do przeżycia, można zastanowić się jak żyć i skupić się na tym co jest dla nas ważne i nam potrzebne. Nie oszukujmy się człowiek też jest wygodny, ale takie miejsce jest wystarczające żeby poczuć się wolnym, bliżej natury. My mieszkamy w namiocie przy samej plaży:) Spokój i szum morza a wieczorem mamy widok na zachód słońca. Wybraliśmy namiot z dwóch względów, przede wszystkim jest dużo taniej mieszkać w swoim namiocie (30BHT / noc) niż w bungalowie, który i tak jest bardzo prosty (min 500BHT / noc), tak dla porównania 100 batów tajskich to około 9 zł. W Hat Yai mieliśmy pokój za 200BHT. Nie ma tu konkurencji więc park może sobie narzucić dowolną cenę. Po za tym mieszkanie w namiocie na takiej wyspie bardziej oddaje jej klimat, w każdej chwili można go zwinąć i przenieść się w inne miejsce. Plaże tu są szeroke i piaszczyste. Nie ma raf, ale za to dno jest gładkie i bez problemu można wejść do wody. Są też skały na które można się wspiąć i podziwiać widok z góry. Wyspa przed wojną była więzieniem dla groźnych przestępców i morderców. Podczas II wojny światowej do wyspy nie dostarczano pożywienia. Odcięto ją od świata. Zarówno więźniowie jak i ich strażnicy zbuntowali się i zaczęli napadać na pływajace w pobliżu statki. Tak rozpoczęło się piractwo w tych rejonach. Teraz jest to jedna z niewielu wysp gdzie jest zakaz budowania, za to można swobodnie sobie po niej spacerować i zwiedzać jej zakątki. Oby ona nie skończyła jak większość, gdzie już inwestorzy budują nowe resorty i hotele, wycinając zapewne piękną roślinność, żeby mieć miejsce pod plac budowy. Przyroda jest tu piękna i powietrze pachnie też inaczej. Małpy biegają sobie swobodnie, trzeba na nie uważać, bo rzucają się na jedzenie. Mi porwały kanapki i ciastka ze śniadania! Przyczaiły się i nagle skoczyły na stół, porywając zdobycz, szczerze mówiąc to mnie wystarszyły!  Po niebie latają orły białogłowe a w trawach siedzą jaszczurki. Można odwiedzić dwa wodospady albo jaskinię krokodyli. Napewno nie będę się tu nudzić!

Pozdrawiam
rybka