Miss Saigon

21 01 2010

Szczerze mówiąc to Sajgon wyobrażałam sobie zupełnie inaczej, gorzej. Bardziej zacofanie, chyba przez to, że Wietnam jest krajem socjalistycznym. Rozumiem teraz, że obcokrajowcy mogą mieć takie samo wyobrażenie o Polsce, mimo, że u nas komuny już nie ma. Socjalizm kojarzy się z biedą i brakiem rozwoju a kapitalizm z cywilizacją. Tym czasem Ho Chi Minh City (oficjalna nazwa Sajgonu) jest mieszanką Bangkoku i Kuala Lumpur. Jest to ogromne, zatłoczone miasto, z tysiącem skuterów na ulicy. Przekraczanie przejścia dla pieszych w Indonezji czy Malezji to nic w porównaniu z tutejszymi. Dziennie na ulicach tego miasta statystycznie  ginie 3,5 osoby a w całym Wietnamie 40! Mimo wszystko ma ono swój urok, zdecydowanie silniejszy niż Bangkok. Trochę też przypomina mi Hong Kong, ludzie są też bardziej podobni do Chińczyków, ale więcej się uśmiechają.

Dzisiaj rano wyruszyliśmy zobaczyć dwa ciekawe miejsca w okolicy Sajgonu.

Pierwsze z nich to świątynia, w której modlą się wyznawcy Kadoaizmu. Jest to wietnamska religia łącząca w sobie głównie elementy Chrześcijaństwa, Buddyzmu, Konfucjonizmu i Taoizmu, wpływ na jej kształtowanie się miał również Judaizm i Islam. Jest to dość młoda religia, bo założona w 1926 roku. Do jej świętych należą: chiński rewolucjonista oraz dwóch poetów, wietnamski i francuski.

Do świątyni trafiliśmy podczas modlitwy. Nie ma jednak zakazu fotografowania i oglądania w czasie obrzędów. Są wyznaczone specjalne osoby pilnujące porządku wśród odwiedzających. Trzeba tylko zachować spokój i ściągnąć obuwie przed wejściem. Jednak jest tam zdecydowanie za dużo turystów, którzy często przelatują przez świątynię bez chwili zastanowienia, bez żadnej refleksji.

Drugim celem naszej wycieczki było Cu Chi. Miejscowość, która słynie ze swoich bardzo rozbudowanych tuneli. Ponad 200 km podziemnych korytarzy powstało podczas wojny wietnamsko – amerykańskiej. Tunele są bardzo wąskie i niskie. Dobrze zakamuflowane w dżungli. Korytarze służyły Wietnamczykom nie tylko jako schrony przed atakiem bombowym. Dzięki nim mogli przemieszczać się niepostrzeżenie po terenie zajętym przez wroga i zaatakować go, gdy ten niczego się nie spodziewał. Wietnamscy żołnierze byli bardzo zmobilizowani do walki. Mimo, że ich armia była słabiej wyposażona od amerykańskiej to mieli tą przewagę, że walczyli na swoim terenie, który dobrze znali i mogli przewidzieć, w które miejsce mogą uderzyć Amerykanie. W dżungli zastawiali pułapki i miny, które zabijały bądź ciężko raniły wroga. Kilkadziesiąt lat temu toczyła się tu walka o życie dziś jest to muzeum. Bardzo lubię odwiedzać tego typu miejsca, gdyż są one historyczne. I to nie jest odległa historia, ale współczesna. Tworzą ją ludzie chodzący tymi samymi ulicami co ja. Zupełnie jak w Kambodży.

Dzisiejszy wyjazd, to była zorganizowana wycieczka z biura, którą wykupiliśmy sobie dzień wcześniej. Do tej pory wszelkiego rodzaju atrakcje odwiedzaliśmy sami i raczej tak zostanie. Jadąc wypełnionym turystami autokarem, wraz z przewodnikiem, który podaje czas zbiórki i odjazdu czuję się osaczona. Miejsca były wyjątkowe, ale przelecieliśmy przez nie jak tornado. Zwłaszcza w świątyni. Był czas żeby popatrzeć, zrobić zdjęcie i z powrotem do autobusu trzeba się pakować. Ja lubię obejrzeć sobie wszystko na spokojnie, bez bieganiny. Zastanowić się chwilę a nie lecieć w pośpiechu, bo cała wycieczka już czeka i chce jechać na obiad. Więcej czasu spędziliśmy w autokarze niż na oglądaniu. Jednak są ludzie, którzy lubią podróżować w taki sposób, może boją się, że sami sobie nie poradzą. Ja jednak wolę przemieszczać się na własną rękę, nie zostawiać decyzji do podjęcia organizatorom, ale sobie:)

Pozdrawiam

rybka



Do they know it’s Christmas

25 12 2009


Cały wczorajszy dzień spędziliśmy między ruinami miasta Angkor. Jest ono niesamowite. Każda świątynia ma swój niepowtarzalny klimat. Jest ich tyle, że jeden dzień nie wystarczy, żeby wejść do każdej. Dlatego też kupiliśmy sobie bilet na 3 dni. Żeby się nie spieszyć, zatrzymać się w każdym ciekawym miejscu. Jeździmy rowerem po wydeptanych ścieżkach, głęboko oddychając świeżym, leśnym powietrzem. Chodząc między kopcami tych starych kamieni, czuję się jak w baśniowym świecie, pełnym tajemnic i skarbów. I tu nie chodzi o jakieś kosztowności, ale o wyjątkowe momenty, chwile, które z czasem staną się miłymi wspomnieniami.

Niestety, wieczorem czar prysł. Dopadła mnie nostalgia i tęsknota za rodzinnymi świętami. Z choinką, barszczem i całym swoim urokiem… Na kolację zjadłam tradycyjną khmerską potrawę a w Bożonarodzeniowy poranek na śniadanie naleśnika z bananami. Święta tutaj w niczym nie przypominają naszych polskich. Uśmiechnięty mikołaj w restauracji czy kolorowa choinka w lokalnym centrum handlowym to nie to samo :(

Pozdrawiam

rybka



Zauroczenie od pierwszego wejrzenia…

22 12 2009

Ogrom, przestrzeń, potęga, piękno, tajemnica, są to nieliczne z wielu określeń jakie mi przychodzą do głowy na myśl o Angkor Wat, otaczających ją murów, kanałów i mniejszych świątyń. Czytałam wiele negatywnych komentarzy na temat archeologicznego miasta Angkor, że jest przereklamowane, pełne turystów i lokalnych sprzedawców. Jechałam tam na zachód słońca, nastawiona trochę sceptycznie. Rozczarowałam się już paroma miejscami i bałam się, że tym razem będzie tak samo. Ku mojemu zdziwieniu myliłam się! Jak tylko zobaczyłam ogromną fosę i mur otaczający  te kamienne świątynie wiedziałam, że mi się tu spodoba. O zachodzie słońca panował tu niesamowity klimat tajemniczości. Nie ma co się dziwić, że zjeżdżają tu tłumy turystów, widok zapiera dech w piersiach. Zresztą większość z nich i tak odwiedza główną i największą świątynie Angkor Wat i wraca tuk tukiem (trójkołową taksówką) do miasta. Nie oglądając wielu imponujących miejsc.

Cały kompleks miasta Angkor jest jest znacznie większy niż teren jego głównej świątyni i usytuowany w różnych miejscach na ogromnej powierzchni. W czasach swojej świetności, było to największe miasto na świecie, gdzie mogło mieszkać 750 tys. mieszkańców. Jest to niesamowite, jak potężne było Imperium Khmerów, które teraz stoi zniszczone i porośnięte drzewami. O ich potędze świadczą nie tylko rozmiary i piękno świątyń, ale także potężne kanały, kamienne mosty i mury otaczające miasto. Co do historii dlaczego przestało być potęgą jest wiele spekulacji. Możliwe, że mieszkańcy opuścili miasto i przenieśli stolicę do Phnom Penh, po ataku Tajów. Inna teoria głosi, że nie byli już wstanie zapanować nad kanałami, które ciągle rozbudowywali aż wymknęły się im spod kontroli. Każdy archeolog może interpretować swoją własną wersję wydarzeń. To czego nie da się podważyć to fakt jak niesamowicie musiała być rozwinięta ta społeczność. Patrząc na dzisiejszą biedną i stawiającą dopiero pierwsze kroki w kapitaliźmie Kambodżę, aż trudno uwierzyć, że przodkowie tych ludzi byli tak potężni.

Mimo wszystko Kambodża i tak jest bardzo przyjemnym miejscem. Nie jest tu (Siem Reap) jeszcze tak bardzo tłoczno i turystycznie. Płaci się w dolarach, ceny są niskie. Bardzo szybko można przenieść się z cywilizacji w przyrodę i dzicz. Drogę prowadzącą do Angkor otacza ogromny las, gdzie powietrze jest świeże i czyste. Jedzie się przyjemnie rowerem równą, oświetloną w nocy drogą. Nie trzeba wcale wynajmować tuk tuka. Z przyjemnością spędzę tu święta a nawet Sylwestra. Ani trochę nie żałuję, że wyjechałam z Bangkoku:)

Dzisiaj byłam w Angkor zaledwie przez chwilę, wieczorem, żeby poczuć klimat miejsca. Zamierzam w najbliższych dniach spędzić tam więcej czasu. Zobaczyć najbardziej oddalone zakątki, zgubić się między kamiennymi posągami, przejść ścieżkami, którymi kiedyś kroczyli mieszkańcy tego imperium. Jest to miejsce, w którym czuć historię a ja lubię spędzać czas w takich miejscach. Są wyjątkowe, mają swój specyficzny urok…

Pozdrawiam

rybka



Świątynia Wat Po

15 12 2009

Bangkok jest pełen świątyń. Wielkie, kolorowe, pełne pozłacanych ornamentów i ogrodów budowane są ku czci Buddy. My odwiedziliśmy, Wat Po. Jest ona jedną z większych i najstarszych  w mieście. Znajduje się tu mnóstwo figurek i przedstawiających Buddę. Jednak najbardziej wzniosłą i imponującą jest Budda leżący. Ogromny, pozłacany, wysoki na 15m i szeroki na 46m posąg Buddy, w pozycji leżącej, podpierającego się na  ręce. Do świątyń wchodzi się na boso i z zakrytymi ramionami i nogami. Przychodząc ubranym w krótkie rzeczy, trzeba owinąć się chustami wypożyczanymi przed wejściem, aby móc godnie oglądać i czcić boga.

Pozdrawiam

Rybka