Do you have some money?

4 02 2010


Wczoraj wypożyczyliśmy skuter, na razie na próbę, na jeden dzień, żeby zwiedzić okolicę. Pojechaliśmy na pobliskie plaże i górki. I jest to zdecydowanie lepszy pomysł, być niezależnym niż za każdym razem brać tuk tuka. Wszędzie tam gdzie nie dojdzie się na nogach można sobie w parę minut dojechać motorem. Wbrew pozorom jazda po tutejszych drogach nie jest trudna. Z punktu obserwatora może się zdawać, że panuje kompletny chaos. Jednak z punktu widzenia kierowcy poruszanie się przychodzi znacznie łatwiej. Mimo to mieliśmy przyjemność spotkania policji. Mieliśmy kask (tutaj tylko jest on obowiązkowy dla kierowcy), ale mimo to i tak nas zatrzymali. Kazali nam zapłacić $1 za to, że jechaliśmy bez świateł (mimo, że inni też bez nich jeżdżą), wiadomo, przyjezdni nie znają lokalnego prawa i nie będą się kłócić. Tutaj policjant nie wypisuje mandatów, tylko oficjalnie bierze pieniądze i pozwala jechać dalej.

Okoliczne widoki są niesamowite. Po za miejscami obleganymi przez turystów, głównie przy plaży, są miejsca gdzie lokalna społeczność dawno nie widziała białej twarzy. Mieszkają daleko od centrum w drewnianych, ledwie stojących chatkach. Przy takiej temperaturze jaka tu panuje, życie toczy się głównie na powietrzu. Dzieci od rana do wieczora biegają boso po podwórku, kobiety gotują i smażą na zewnątrz. Ci ludzie nie potrzebują dwóch sypialni i łazienek. Często cała rodzina śpi w jednym pomieszczeniu. Ważne, że jest dach nad głową i telewizorem gdy spadnie deszcz. Telewizor jest tu oknem na świat, każda rodzina, która ma prąd ma też telewizor. Dzieci z zainteresowaniem podbiegają do każdej nowej osoby, która się pojawi w ich otoczeniu. Często z nadzieją, że coś dostaną od przyjezdnych. Już kilku letnie dzieci znają słowo „money” i proszą o jakieś drobne, ale nawet ciastko czy mandarynka sprawia im radość.





Jednak gdy pozna się trochę okolię widać, że Sihanoukville się bardzo rozrasta. Jest dużo zachodnich inwestycji. Budują się nowe hotele, resorty i restauracje. Na Victory Hill (tam gdzie mieszkamy już od miesiąca z krótką przerwą na Sajgon) jest club Airport. Prowadzą go Rosjanie, zresztą ich zaraz po Francuzach jest tu najwięcej. Lokal jest zrobiony w całkiem niezłym stylu. Jest to hangar, w którym przy suficie został przymocowany prawdziwy samolot, oczywiście rosyjski. Można wejść do środka, do kabiny pilota. Do tego bar, scena, z miejscem dla DJ, wszystko utrzymane w stylistyce lotniska i usytuowane przy samej plaży, z widokiem na palmy i morze. Na razie świeci pustkami, w weekend przychodzi trochę ludzi, napić się piwa. Jednak jestem przekonana, że w przeciągu kilku lat, jak nie miesięcy, zjadą się tu tłumy. Jeszcze nie każdy odkrył Kambodżę tak jak Tajlandię czy Bali. W świecie może być postrzegana jako dzikie, komunistyczne państwo, nie każdy wie, że ustrój socjalny już minął a kraj zaczyna się rozwijać. I przyciąga jak magnes:)


Dużo więcej nowych zdjęć jest już w Galerii Foto
Pozdrawiam
rybka



Fortuna kolem sie toczy

13 01 2010


Wczorajszego popołudnia wybrałam się na rekonesans po sąsiedniej plaży i okolicy. Przemieszczam się tuk tukiem albo skuterem, są to bardzo tanie środki transportu. Zastanawiam się, jak kierowcy opłaca się wieźć mnie na drugi koniec miasteczka za $1?! Jednak ludzie w Kambodży tak zarabiają. Za cenę małego mieszkania we Wrocławiu, tutaj można kupić sobie całą restaurację z wyposażeniem! Jednak Europejczycy, którzy decydują się na to, nie zbiją tu majątku. W zamian mieszkają w ciepłym kraju i korzystają z jego walorów, zarabiając na utrzymanie.


Zauważyłam również, że w okolicy jest dość sporo kasyn. Oczywiście nie odmówiłam sobie tej przyjemności zajrzenia do jednego z nich:) Niestety nie wpuścili mnie:( Dlaczego? Otóż miałam koszulkę na ramiączkach a taki strój nie jest dopuszczalny w kasynie. Wcale ta sytuacja mnie nie zirytowała, gdyż to świadczy o klasie miejsca. Nie ważne czy jesteś lokalny, czy przyjezdny, czy masz w portfelu złotą kartę, jeśli nie ubierzesz się odpowiednio nie wejdziesz. Takich standardów nie spotkałam nawet w Macao!  (Jak już wcześniej wspomniałam, Kambodża zaskakuje z każdym dniem). Za to do sali z automatami, może wejść każdy, więc i ja się tam znalazłam;) Przegrałam $5 na automatycznej ruletce, dostałam w zamian Colę i kufel piwa a ile zabawy przy tym miałam! Kasyna czy salony gier wielu osobom kojarzą się z miejscem, gdzie trzeba zostawić majątek (i są też takie osoby), ale tutaj za $5  dostaje się 50 kredytów, czyli można 50 razy obstawić numer i jeszcze coś wygrać. Przez to, że stałam też po drugiej stronie stołu nie traktuję tego serio, tylko jako rozrywkę. Nie można traktować serio czegoś na co nie ma się dużego wpływu, w kasynie rządzi los, albo się ma szczęście albo nie.

Co do  innych plaż,  to są one bardziej zatłoczone, niż ta z mojego zdjęcia. Wiadomo miejsca bardziej polecane przez przewodniki zawsze są wypełnione turystami. Co się z tym wiąże, jest też więcej osób żebrzących. Dzieci podchodzące do stolików i proszące o jedzenie, czy ofiary min, bez nóg albo rąk, czołgające się po ziemi – jest to widok bardzo przejmujący i wprawiający w zakłopotanie. Chciałoby się pomóc każdemu, ale tak się nie da. Jeśli jedno dziecko coś dostanie zaraz w jego miejsce pojawi się następne i następne. Niestety świat jest bardzo niesprawiedliwy. Mimo wszystko wydaje mi się, że Ci ludzie są pogodni, żyją tym co im przyniesie dzień. Nie mają tysiąca wyimaginowanych problemów, które zaprzątają głowy ludzi z zachodu. Może ich życie jest proste, ale szczere. Można to zobaczyć w ich twarzach, nie ukrywają swoich emocji. Czasem wystarczy tak niewiele – pokazać, że jest się szczęśliwym albo smutnym. Nie kalkulować wszystkiego i patrzeć na to co inni pomyślą tylko być sobą. Po prostu żyć w zgodzie ze sobą a nie z opinią publiczną.

Pozdrawiam

rybka



Sihanoukville

10 01 2010

Wczoraj w południe wyjechaliśmy z Phnom Penh na wybrzeże. Po Kambodży przemieszczamy się autobusami. Bilet ze stolicy nad morze kosztował $5 od osoby. W cenie jest już transport spod hostelu na dworzec, więc nie musimy się niczym martwić. Wsiadamy w odpowiedni autobus, bardzo dobry, klimatyzowany i jedziemy do wyznaczonego celu. Tym środkiem lokomocji podróżują i turyści i lokalni, są one bardzo zadbane. Bez porównania z ledwie zipiącymi autobusami z Indonezji. Po 5h podróży dotarłam nad tak oczekiwane przeze mnie morze. Chociaż pobyt nad jeziorem w stolicy też był bardzo przyjemny. Człowiekowi nie trzeba wiele do szczęścia, wystarczy skrawek przyrody w mieście i już się lepiej oddycha. Niestety są plany zagospodarowania tej części miasta. Backpackerską mekkę Phnom Penh pokryją hotele i biurowce, wielka szkoda:(

Jeziorka w Phnom Penh mogę już więcej nie zobaczyć, ale jestem już w Sihanoukville. Nad morzem. I znowu jestem pod wrażeniem. Kambodża z każdym dniem zaskakuje i to pozytywnie. Jest to kolejne miejsce opisywane przez przewodnik, jako mało urocze, niebezpieczne. Tym czasem panuje tu niesamowity klimat spokoju. Zarówno turyści jak i mieszańcy są bardzo wyluzowani i widać, że nikt się tutaj nie spieszy. Patrząc na niektóre osoby mam wrażenie, że siedzą tu już kilka miesięcy. Nam wiza kończy się już 20 stycznia, ale bardzo prawdopodobne jest, że ją przedłużymy:)

Plaża na którą trafiliśmy jest śliczna: miękki piaseczek, palmy dookoła, woda czysta – przeźroczysta:) Widok jak z obrazka. Tutaj można poczuć się jak w raju na ziemi. Ludzie są tu przyjaźni i pozytywnie nastawieni, nie kryją swoich emocji. Guest house, w którym mieszkamy prowadzą Włosi. Pokój mamy za $4 / noc (duży i czysty) wraz z internetem i ładnym widokiem z okna. Nie zajęło nam wiele czasu odnalezienie go, ale trzeba szukać. Pokój, który oglądaliśmy wcześniej w innym miejscu był droższy a gorszy. Nie dość, że nikogo tam nie było, to na wstępie przywitał nas wielki, jak moja ręka pająk. Uciekłam stamtąd bardzo szybko!

Co ciekawe, tereny Kambodży w większości są płaskie, ale w tym miejscu spotykają się pagórki z morzem. Będzie gdzie się wspinać i spacerować:)

Pozdrawiam

rybka



Ko Lipe

4 12 2009
Na Ko Tarutao spędziliśmy 6 nocy. Początek grudnia powitał nas jak na to miejsc dość zimowo. Przez dwa dni padał deszcz i nie było słońca. I tak było przyjemnie:) Dni tam lecą bardzo szybko. W ciągu dnia można czytać książki, spacerować, kąpać się w morzu… Jednak jak robi się ciemno, to mieszkając w namiocie ciężko jest się czymś zająć, zwłaszcza takim małym jak nasz. A że nie ma tu nic więcej po za restauracją czynną do godz. 21:00, w której jest prąd, to chodziliśmy spać bardzo wcześnie. Mimo iż w namiocie, to mieszkało mi się tam bardzo dobrze. Pięknie było widać pełnię księżyca w nocy i całą wyspę na tarasie widokowym, położonym wysoko na skale. Ale wystarczy już tej dziczy, ma ona swoje plusy i minusy! I tak wracając na ląd będziemy przepływać spowrotem obok Tarutao, możemy tam zawsze wrócić:) Teraz jesteśmy na kolejnej wyspie Ko Lipe. Ta jest już zupełnie skomercjalizowana i przystosowana pod turystów. Jednak jest tu przyjemnie. Mieszkamy w bambusowej chatce, blisko morza z ładną łazienką. Widoki też ładne, krystaliczna woda (na Tarutao jest dużo planktonu, przez co woda była mętna). Jest tylko jeden minus, jest drożej. Zwłaszcza noclegi, wybór jest spory, ale ośrodki są tu nowe (niedawno zaczęto tu budować) i ceny są dość wysokie. Większość ludzi  tu przyjeżdża na tydzień, dwa i są oni w stanie dać więcej za ładną chatkę przy plaży. Nie ma tu chyba za wiele podrużujących przez pół roku. Ale wyspa i tak mnie pozytywnie zaskoczyła, bo bałam się, że tu będą same luksusowe resorty. Jest za to większy wybór jedzenia, no i internet:)
Pozdrawiam
rybka


Ko Tarutao

30 11 2009
Moje wyobrażenie dzikich wysp skonfrontował realny świat. Nie tak to sobie ją wyobrażałam, ale to co zastałam wcale mnie nie rozczarowało. Jednak spodziewałam się o wiele  mniej zabudowań i ludzi. Cała wyspa Ko Tarutao należy do parku narodowego, na której znajdują się tylko: toalety i prysznice, jeden sklepik, jedna restauracja, biuro z mini biblioteką, małe muzeum, wypożyczalnia rowerów, no i bungalowy (tych co prawda jest dość sporo, nie spodziewałam się aż tylu), ale wszystko należy do parku. Mieszczą sie one wszytskie przy porcie, gdzie przypływają łodzie. Reszta część wyspy jest kompletnie dzika a jest ona dość spora. Nie ma żadnych prywatnych inwestorów, warkotu aut, choć parę skuterów jeździ po wyspie (a nawet udało nam się usłyszeć koparkę!). Nie da się uciec od cywilizacji, zresztą nie mam nic przeciwko niej, bo życie w kompletnej dziczy może być trudne, trzeba martwić się o to żeby wogóe przeżyć a nie jak żyć. Natomiast mając zapewnione podstawowe minimum, potrzebne człowiekowi do przeżycia, można zastanowić się jak żyć i skupić się na tym co jest dla nas ważne i nam potrzebne. Nie oszukujmy się człowiek też jest wygodny, ale takie miejsce jest wystarczające żeby poczuć się wolnym, bliżej natury. My mieszkamy w namiocie przy samej plaży:) Spokój i szum morza a wieczorem mamy widok na zachód słońca. Wybraliśmy namiot z dwóch względów, przede wszystkim jest dużo taniej mieszkać w swoim namiocie (30BHT / noc) niż w bungalowie, który i tak jest bardzo prosty (min 500BHT / noc), tak dla porównania 100 batów tajskich to około 9 zł. W Hat Yai mieliśmy pokój za 200BHT. Nie ma tu konkurencji więc park może sobie narzucić dowolną cenę. Po za tym mieszkanie w namiocie na takiej wyspie bardziej oddaje jej klimat, w każdej chwili można go zwinąć i przenieść się w inne miejsce. Plaże tu są szeroke i piaszczyste. Nie ma raf, ale za to dno jest gładkie i bez problemu można wejść do wody. Są też skały na które można się wspiąć i podziwiać widok z góry. Wyspa przed wojną była więzieniem dla groźnych przestępców i morderców. Podczas II wojny światowej do wyspy nie dostarczano pożywienia. Odcięto ją od świata. Zarówno więźniowie jak i ich strażnicy zbuntowali się i zaczęli napadać na pływajace w pobliżu statki. Tak rozpoczęło się piractwo w tych rejonach. Teraz jest to jedna z niewielu wysp gdzie jest zakaz budowania, za to można swobodnie sobie po niej spacerować i zwiedzać jej zakątki. Oby ona nie skończyła jak większość, gdzie już inwestorzy budują nowe resorty i hotele, wycinając zapewne piękną roślinność, żeby mieć miejsce pod plac budowy. Przyroda jest tu piękna i powietrze pachnie też inaczej. Małpy biegają sobie swobodnie, trzeba na nie uważać, bo rzucają się na jedzenie. Mi porwały kanapki i ciastka ze śniadania! Przyczaiły się i nagle skoczyły na stół, porywając zdobycz, szczerze mówiąc to mnie wystarszyły!  Po niebie latają orły białogłowe a w trawach siedzą jaszczurki. Można odwiedzić dwa wodospady albo jaskinię krokodyli. Napewno nie będę się tu nudzić!

Pozdrawiam
rybka