To już jest koniec…

21 03 2010

Melaka przywitała nas w iście azjatyckim stylu, pluskwami w pokoju. Jeszcze na koniec poczuliśmy prawdziwy klimat podróży;)

Miasto jest położona nad morzem, ale wybrzeże jest mało atrakcyjne, bez plaży. Bardzo przypomina George Town. Po za muzeum narzędzi tortur i drewnianym, portugalskim statkiem przycumowanym do brzegu to tu nie ma nic wyjątkowego. Jednak jest to ostatnie miejsce, które odwiedziliśmy przed naszym wylotem do Europy.

Pamiętam jak pakowałam się przed wyjazdem i jak szkoda było mi opuszczać znane miejsca a jednocześnie ciągnęło mnie w nowe strony. Tym razem jest podobnie. Z chęcią wrócę do Polski, ale ostatnie 5 miesięcy żyłam w tym rejonie i zdążyłam się do niego przyzwyczaić. Czas biegnie do przodu nieubłaganie. Jednak wszystkie wrażenia i przemyślenia zabieram ze sobą, będą w mojej głowie już na zawsze…

Pozdrawiam

rybka



Opluj chodnik w Singapurze

20 03 2010

Dwa dni spędzone w Singapurze pozwoliły mi zapomnieć jak wygląda prawdziwy świat. Znalazłam się w miejscu gdzie jest czysto i ładnie a komunikacja miejska stoi na wysokim poziomie. Na ulicach nie widać biednych i żebrzących, ale dobrze ubranych ludzi, wyposażonych w laptopy, przenośne konsole do gier, nowoczesne telefony i mp3. Siedząc nad rzeką pomiędzy biznesowymi wieżowcami można poczuć się jak w filmie „Seks w wielkim mieście”.

Jednak w Singapurze trzeba być ostrożnym.  Jest to bardzo restrykcyjne państwo – miasto. I to nie tylko pod względem narkotyków. Wysokie kary pieniężne grożą za śmiecenie na ulicy, plucie, palenie papierosów,  karmienie ptaków a nawet jedzenie i picie w metrze i przejściach podziemnych. Żucie gum jest również źle postrzegane. Większość miejsc publicznych jest monitorowana. Jadąc kolejką z lotniska do centrum usłyszeliśmy nagle komunikat, że jeśli zaobserwuje się coś lub kogoś podejrzanego to natychmiast należy to zgłosić obsłudze. W pewnym momencie czułam się jakby wszyscy w wagonie patrzyli na nas. Zdecydowanie wyróżnialiśmy się z tłumu, zmęczeni po podróży, z plecakami na plecach, w luźnych, schodzonych ciuchach bez laptopa pod ręką i słuchawek w uszach…

Mimo wszystko  jest przyjemnie. Nie ma problemu z porozumiewaniem się, każdy mówi po angielsku. Komunikacja miejska jest bardzo klarownie opisana a  usługi są na wysokim poziomie. Sklepy i restauracje są czyste i ładne, prawe wszędzie, tylko nie w dzielnicy Little India. Chyba w każdym większym mieście ten rejon  jest najbardziej brudny.

W Singapurze panują zupełnie inne standardy niż w całej Azji południowo – wschodniej. Jest bardzo dużo zieleni i parków. Większą uwagę zwraca się na wygląd, gadżety i ekologię. Nawet suszarki do rąk w toaletach są ekologiczne! Jednak czar pryska, gdy wyjedzie się po za granice Singapuru, do zwyczajnego azjatyckiego kraju, gdzie nie ma żadnych restrykcyjnych regulacji i panuje jeden wielki nieład.

Niestety podczas tak krótkiego pobytu cały czas padało! Zaczęła się pora deszczowa. Mimo to udało nam się odwiedzić parę miejsc, min. nowoczesne muzeum narodowe (w którym jeszcze załapałam się na wystawę o moim ulubionym Starożytnym Egipcie:)) i wyspę Santosa, gdzie znajdują się kasyna, park rozrywki i studio Universal.

Przed nami ostatni przystanek w Melace i czas wracać do Europy:)

Pozdrawiam

rybka



Chiang Rai i Złoty Trójkąt

16 03 2010

Złoty trójkąt jest to miejsce gdzie spotykają się trzy państwa – Laos, Tajlandia i Birma. Słynęły one z produkcji i rozprowadzania opium na skalę światową. Do niedawna nawet turyści mogli spróbować opium, była to jedna z tutejszych atrakcji. Oficjalnie jest to już zabronione i nielegalne. Za posiadanie i przemycanie opium lub narkotyków jego pochodnych grożą wysokie kary, łącznie z karą śmierci.

W Birmie rośnie najwięcej maku i podejrzewam, że tam jakaś produkcja się uchowała. W Laosie na północy kraju można spotkać jeszcze kobiety z fajkami w ustach. W Tajlandii natomiast opium jest już tylko muzealną atrakcją turystyczną, król starał się zwalczyć produkcję i sprzedaż opium. Zaczęto nawet edukować ludność, że można żyć w inny sposób niż z przemytu narkotyków. Chociaż wydaje mi się, że gdzieś na wioskach ludzie dalej palą, jest to przecież pewien element ich tradydycji i kultury.

Przy granicy z Birmą i Laosem znajdują się dwa muzea opowiadające opiumową historię. Zdecydowanie warte odwiedzenia jest „Hall of Opium” ( w „House of Opium” nie znajduje się nic wyjątkowego, jest ono tańsze, ale mniejsze a wystawy są uboższe). Jest to jedno z niewielu miejsc w Azji, które wywarło na mnie takie wrażenie! Profesjonalne wystawy, dobrze dobrana muzyka i światła. Do tego dochodzą audiowizualizacje i ciekawe eksponaty. Nie czułam się tam jak w trzecim świecie, ale jak w europejskim mieście. Muzeum powstało z inicjatywy króla, aby przedsawić ludzią historię opium nie tylko w Azji, ale na całym świecie oraz skutki zażywania narkotyków. Nastrój panujący w muzem skłania do refleksji i przemyśleń. Zwiedzenie całego zajęło mi dobre 2h jak nie więcej.

Jeśli chodzi o Chiang Rai jest to chyba jedna z bardziej cywilizowanych miejscowości niedaleko Złotego Trójkąta. W samym miasteczku nie ma nic specjalnego poza muzeum i wieżą zegarową oraz nocnym marketem. Uwielbiam chodzić po lokalnych targowiskach, można tam dostać ciekawe i unikalne rzeczy. Zwolennicy zwiedzania świątyń również będą mieli co robić w Chiang Rai. Władze miasta postanowiły edukować mieszkańców jak zabezpieczać się przed AIDS, powstała restauracja Cabbages & Condoms, w której rozdają prezerwatywy w dwóch różnych rozmiarach: tajskim i europejskim :)

Turystów nie ma tu wielu, bo większość zatrzymuje się dopiero w większym mieście Chiang Mai. Jednak to miasteczko ma swój urok, jest czyste, tanie i jest to wypadowa miejscowość do Złotego Trójkąta. Nam dojazd skuterem zajał 2h.

Z Chiang Rai mamy również wylot do Bangkoku a później Singapuru. I to już jutro. Szczerze mówiąc to jedną nogą jestem już w domu…

Pozdrawiam
rybka


Przereklamowany Laos

28 02 2010

Jestesmy juz w Vientiane, stolicy Laosu. Przyjechalismy sypialnym autobusem (takim z lozkami, jak w nocnych pociagach) dzisiaj nad ranem. 13h podrozy zlecialo w mgnieniu oka, pierwszy raz jechalam autobusem, w ktorym mozna spac na lozku:)

W ciagu jednego dnia da sie poznac cale miasto. Vientiane jest chyba najmniejsza stolica swiata, napewno jedna z mniejszych. Szczerze mowiac to tu nie ma nic specjalmego. Wybrzeze nad rzeka wyglada jak plac budowy,  zamiast zieleni stoja koparki i spychacze a ziemia przypomina pustynie.  Wiekszosc turystow przyjezdza tu chyba siedziec w kawiarniach i restauracjach, albo wyrobic wizy do sasiednich krajaow (tak jak my, potrzebujemy do Tajlandi). Zabytkow miasteczko tez nie ma za wiele a ceny sa bardzo wysokie jak na ten region swiata. To przez to, ze Laos staje sie coraz bardziej popularny i komercyjny. Przyjezdza do niego mnostwo turystow. Nie spodziewalam sie ich az tylu! Mam nadzieje, ze na polnocy gdzies miedzy gorami bedzie mniej turystycznie a bardziej dziko.

Za to na Don Det bardzo mie sie podobalo. Rzeka, spokoj… W noc przed naszym wyjazdem byl festyn, rozstawione byly stragany i dwie sceny z lokalna muzyka. Zabawa do bialego rana. To dopiero byla atrakcja we wsi!

Natomiast co jest warte uwagi w Vientiane to muzeum narodowe, ktore przedstawia nieco historii, kultury i rozwoj kraju. Laotanczycy walczyli najpierw z imperializmem francuskim a pozniej amerykanskim, historie tego okresu mozna poznac w muzeum. Oczywiscie na scianach wisza portrety komunistycznych dzialaczy, min Lenina i Cho Hi Minh. W czesci archeologicznej jest nawet kosc dinozaura odkopana na terenie tego kraju. Mozna znalezc tez zdjecie dzieci w pracowni komputerowej (widac, ze Laotanczycy sa dumni ze swojego kraju, mimo iz rozwija sie on powoli a mieszkancy prowadza bardzo proste zycie). Jednak wsrod wielu eksponatow najbardziej  przyciagaja uwage opium, amfetamina, marihuana i heroina! Zostaly one chyba zakonfiskowane przemytnikom i wystawione w gablocie i to w dosc sporych ilosciach:)

Postaram sie wkrotce dodac zdjecia. Na razie pisze z kafejki a internet dziala tu wolniej niz na wyspie Don Det!

Pozdrawiam

rybka



Niech żyje Lenin!

25 01 2010

„Nieśmiertelny Lenin będzie żył wiecznie w naszych czynach.”

Muzeum Ho Chi Minh w Sajgonie poświęcone jest historii socjalizmu w Wietnamie. Cytaty wychwalające Lenina czy jego zdjęcia nikogo tam nie dziwią. Twórcą socjalizmu w tym kraju jest były prezydent Cho Hi Minh (na jego cześć zmieniono nazwę miasta Sajgon). Co ciekawe, w latach 70 -tych, gdy rozstrzygały się losy Wietnamu walczącego z kapitalistyczną Ameryką, Polska była krajem również komunistycznym. Teraz po kilkudziesięciu latach stoimy po drugiej stronie, jesteśmy kapitalistami, ale po czyjej stronie byśmy stanęli podczas wojny?

Nie wiem, żaden z tych systemów nie jest doskonały, doskonałe są tylko idee. W praktyce zawsze okazuje się inaczej. W Kambodży socjalizm próbowano wprowadzić terrorem i przemocą. W propagandowym muzeum w Sajgonie nie ma ani słowa o przemocy. Ho Chi Minh jest przedstawiany jako dobry wujaszek Ho, który w całości poświęcił się swojemu społeczeństwu i budowie systemu. Jak było naprawdę tego się pewnie nie do wiemy.

Za to wiemy, że wojna amerykańska w Wietnamie była bardzo krwawa. Dowiadujemy się o tym w muzeum zbrodni amerykańskiej. Przedstawione tam drastyczne materiały bardzo psują wizerunek Ameryki, pełnej idei, walczącej w słusznej sprawie. Może i chcieli przeciwdziałać rozszerzaniu się komunizmu na pozostałe kraje, ale ta walka przeobraziła się w rzeź niewinnych ludzi. Wielu z nich nosiło tego konsekwencje jeszcze wiele lat po wojnie. Wojska USA rozpraszały trujące toksyny tzw. „Agent Orange”. W wyniku czego rodziły się okaleczone dzieci, bez rąk, nóg, z zdeformowanymi twarzami, efekty działań toksyn na człowieku przypominają te po wybuchu reaktora jądrowego w Czarnobylu. Wiele osób było przetrzymywanych i maltretowanych w nieludzkich warunkach, w więzieniach. Zabijano kobiety, dzieci i starców.

Za kilkadziesiąt lat zaczną powstawać podobne muzea w Iraku, bo USA robi tam to samo (pod pretekstem walki z terroryzmem), tylko, że teraz nasz kraj bierze w tym udział.

Pozdrawiam

rybka