Chiang Rai i Złoty Trójkąt

16 03 2010

Złoty trójkąt jest to miejsce gdzie spotykają się trzy państwa – Laos, Tajlandia i Birma. Słynęły one z produkcji i rozprowadzania opium na skalę światową. Do niedawna nawet turyści mogli spróbować opium, była to jedna z tutejszych atrakcji. Oficjalnie jest to już zabronione i nielegalne. Za posiadanie i przemycanie opium lub narkotyków jego pochodnych grożą wysokie kary, łącznie z karą śmierci.

W Birmie rośnie najwięcej maku i podejrzewam, że tam jakaś produkcja się uchowała. W Laosie na północy kraju można spotkać jeszcze kobiety z fajkami w ustach. W Tajlandii natomiast opium jest już tylko muzealną atrakcją turystyczną, król starał się zwalczyć produkcję i sprzedaż opium. Zaczęto nawet edukować ludność, że można żyć w inny sposób niż z przemytu narkotyków. Chociaż wydaje mi się, że gdzieś na wioskach ludzie dalej palą, jest to przecież pewien element ich tradydycji i kultury.

Przy granicy z Birmą i Laosem znajdują się dwa muzea opowiadające opiumową historię. Zdecydowanie warte odwiedzenia jest „Hall of Opium” ( w „House of Opium” nie znajduje się nic wyjątkowego, jest ono tańsze, ale mniejsze a wystawy są uboższe). Jest to jedno z niewielu miejsc w Azji, które wywarło na mnie takie wrażenie! Profesjonalne wystawy, dobrze dobrana muzyka i światła. Do tego dochodzą audiowizualizacje i ciekawe eksponaty. Nie czułam się tam jak w trzecim świecie, ale jak w europejskim mieście. Muzeum powstało z inicjatywy króla, aby przedsawić ludzią historię opium nie tylko w Azji, ale na całym świecie oraz skutki zażywania narkotyków. Nastrój panujący w muzem skłania do refleksji i przemyśleń. Zwiedzenie całego zajęło mi dobre 2h jak nie więcej.

Jeśli chodzi o Chiang Rai jest to chyba jedna z bardziej cywilizowanych miejscowości niedaleko Złotego Trójkąta. W samym miasteczku nie ma nic specjalnego poza muzeum i wieżą zegarową oraz nocnym marketem. Uwielbiam chodzić po lokalnych targowiskach, można tam dostać ciekawe i unikalne rzeczy. Zwolennicy zwiedzania świątyń również będą mieli co robić w Chiang Rai. Władze miasta postanowiły edukować mieszkańców jak zabezpieczać się przed AIDS, powstała restauracja Cabbages & Condoms, w której rozdają prezerwatywy w dwóch różnych rozmiarach: tajskim i europejskim :)

Turystów nie ma tu wielu, bo większość zatrzymuje się dopiero w większym mieście Chiang Mai. Jednak to miasteczko ma swój urok, jest czyste, tanie i jest to wypadowa miejscowość do Złotego Trójkąta. Nam dojazd skuterem zajał 2h.

Z Chiang Rai mamy również wylot do Bangkoku a później Singapuru. I to już jutro. Szczerze mówiąc to jedną nogą jestem już w domu…

Pozdrawiam
rybka


Luangprabang

11 03 2010
Luangprabang jest uroczym, kolonialnym miasteczkiem położonym między dwoma rzekami w górach na północy Laosu. Temperatura jest tu zdecydowanie niższa niż na południu kraju, ale to dobrze, bo nadaje to taki specyficzny nastrój w miasteczku.
Jest to bardzo europejska miescowość, powiedziałbym, że chyba najbardziej cywilizowana ze wszystkich w Laosie. Przede wszystkim jest czysto, o co bardzo trudno w Azji! I nie przeszkadza mi fakt, że ulicami chodzi mnóstwo turystów. Są miejsca gdzie się czuję dobrze wraz z innymi podróżującymi a Luangprabang właśnie do tych miejsc należy. Czuć tu ten kolonialny klimat a uroku dodają widoki gór. Vang Vieng było podobne, ale tam panował bardziej imprezowy nastrój, tym czasem tutaj jest cisza i spokój. Do tego mamy ładny, drewniany pokój, który mi przypomina górskie schroniska z Zakopanego.
Wart uwagi jest tu nocny market, na którym można kupić mnóstwo pamiątek, często ręcznie wykonanych. Oczywiście trzeba się targować ze sprzedawcami, ale ceny i tak są bardzo niskie a rzeczy wyjątkowe. Do tego można zjeść smacznego naleśnika przyrządzanego za $1 na słodko lub słono czy wypić szejka ze świeżych owoców za 0,5$. Szwędając się po targu natknęłam się nawet na kiełbasę! Smakowała całkiem nieźle jak na ten region. Tutaj raczej kiełbas się nie jada, ale produkją je chyba pod turystów. Jak ja się już stęskniłam za polskim jedzeniem, zwłaszcza chlebem!
W miasteczku zatrzymaliśmy się tylko na dwie noce, wczoraj zdążyliśmy wybrać się na wycieczkę do jednej z pobliskich jaskin. Akurat przyjechaliśmy popołudniu, gdy wejście było zamknięte, ale przewodnik okazał się bardzo miły i nas jeszcze wpuścił a po zwiedzaniu zaprosił na rozgrzewającego kieliszeczka „Moonshine”. Dzięki temu, że nie przyjechaliśmy rano tak jak to robi większość, unikneliśmy tłumu wycieczkowiczów. Cała jaskinia była tylko dla nas.  Rzeka, las i góry, które ja otaczają trochę przypominały mi klimat z filmu „Truposz”, który nie jest wcale straszny.
Czas nistety nagli.  Dzisiaj wieczorem nocnym autobusem wyruszamy prosto do granicy Tajlandzkiej, żeby zobaczyć jeszcze „Złoty Trójkąt”.
Pozdrawiam
rybka


Opowieść z Victory Hill

1 02 2010

W miasteczku było wielkie święto. Ulice i lokale były pełne uśmiechniętych i tańczących ludzi. Starszych, młodszych, lokalnych i turystów. Każdy chciał świętować i dobrze się bawić. Nikt nie chciał czuć się samotny…

Życzę miłego czytania:)

rybka



Chatuchak

14 12 2009

Chatuchak, jest to największe weekendowe targowisko w Tajlandii. Byłam bardzo ciekawa jak ono wygląda i co można tam dostać, a że bardzo lubię włóczyć się po takich miejscach pojechałam tam z przyjemnością. Tym razem kupiliśmy sobie mapę i dojechaliśmy bezpośrednio od nas na targ. Ostatnio jadąc na Patpong, chcieliśmy sami rozgryźć komunikację miejską w Bangkoku i jeździliśmy na czuja. To nie jest dobry pomysł,więcej się nachodziliśmy i namęczyliśmy niż to warte. Bangkok jest zbyt wielki i ma zbyt wiele linii autobusowych, żeby poruszać się po nim bez mapy. Tuk tuki nie są tu drogie, korzystają z nich nie tylko turyści, również miejscowi, ale autobus wychodzi jeszcze mniej, bilet kosztuje około 70gr, za taką cenę to można cały dzień jeździć. Wracając do targowiska, dotarliśmy bez problemu;) Zaraz przy placu znajduje się bardo przyjemny park, w którym można odsapnąć od upału w cieniu palm. Samo targowisko przypomina mi nasz świebodzki (zresztą, na który uwielbiałam chodzić z Anią i wyszukiwać różne oryginalne rzeczy). Tutaj na tym również można kupić wszystko. Żywność, ubrania, ręcznie malowane buty, książki, antyki, biżuterię, obrazy i zwierzęta. Ponoć sprzedają tu tygrysy, węże i i inne dzikie zwierzęta. Nam udało się dotrzeć tylko na stragan z psami, chomikami i kotami a najdzikszymi, które widziałam były jeże! Tygrysów nie widzieliśmy. Po takim włóczeniu się w upale z przyjemnością odpoczywaliśmy w pobliskim parku, pijąc sok ze świeżo wyciśniętych owoców. Są one tu tanie, orzeźwiające i smaczne.

W ostatnich dniach w Bangkoku przy pomniku demokracji odbywają się uroczystości z okazji 82 urodzin króla. Jest on zarówno najdłużej panującym monarchą na świecie ( od 1950 roku),  jak i najbogatszym, prześcignął nawet szejków naftowych z Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jego majątek szacuje się na 30 mld $. Co nie przeszkadza społeczeństwu wielbić i szanować swojego władcę. Na każdym kroku, można spotkać jego obrazy i pomniki. W Tajlandii cieszy się niemalże tak wielkim uwielbieniem, jak nasz papież Polak w Europie.  I rzeczywiście, stojąc między oddanymi swojemu królowi i wzruszonymi (monarcha przebywa obecnie w szpitalu) ludźmi stanął mi przed oczami obraz papieża, pieśni i filmów emitowanych o nim. Jest to dla mnie zastanawiające, czy nieodpartą potrzebą człowieka jest kult jednostki?? Obraza króla jest traktowana jako jedno z cięższych przestępstw w kraju,  za które grozi od kilku do kilkunastu lat więzienia. Przy pomniku  można obejrzeć „wzruszający” materiał o królu, czy poczytać o jego życiu i osiągnięciach. Na ulicach tańczą i śpiewają dzieci w tradycyjnych strojach a wieczorem na niebie można zobaczyć widowiskowe fajerwerki (Jak to w trzecim świecie, momentami myślałam, że jakaś petarda wystrzeli w kogoś, sztuczne ognie są umieszczone na tym samym placu, gdzie gromadzą się ludzie, prawie między nimi, trzeba się daleko odsunąć żeby nie dostać odłamkiem. Podejrzewam, że nikt by się tu specjalnie nie przejął tym, że ktoś został ranny od wybuchających fajerwerków). Mimo wszystko przypomniał mi się klimat Sylwestra, tylko, że na ogół oglądając sztuczne ognie mam na sobie grubą zimową kurtkę i kozaki a nie krótkie spodenki i T – Shirt:)

Pozdrawiam

rybka



Patpong – night market

11 12 2009

Czym się charakteryzuje ta część Bangkoku? Otóż jest to chyba najbardziej znane sex turystyczne miejsce w stolicy. Między straganami z zegarkami, bransoletkami i koszulkami przechadzają się młode prostytutki, z których usług korzystają turyści, zarówno młodsi jak i ci starsi (to jest akurat turystyczne miejsce, ale Tajowie na codzień też korzystają z ich usług). Na każdym kroku dostajesz ofertę pussy show, wybór jest ogromny, pussy banana show, ping pong show, finger in i jeszcze wiele innych. Muszą się cieszyć dużym powodzeniem, bo jest ich naprawdę mnóstwo, nie można kroku zrobić, żeby ktoś nie proponował takowego przedstawienia. Momentami są za bardzo nachalni! Jak nie skorzystałam z oferty poprzednika, tak to z kolejnego na pewno skorzystam! W każdym klubie tańczą młode, często pewnie niepełnoletnie pół nagie tajskie dziewczyny (raczej nie profesjonalne tancerki z zawodu, niektóre się ruszają całkiem nieźle, inne po prostu stoją przy rurze, ważne by było dużo i goło). Momentami dziewczyn było więcej na tych rurach niż samych zainteresowanych nimi. Nie można zaprzeczyć, tajskie dziewczyny są bardzo atrakcyjne, zwłaszcza dla Europejczyków, czego nie można powiedzieć o mężczyznach. Kobiety są szczupłe drobne, mają czarne długie włosy, duże usta (wiadomo przebywając wśród takiej urody dłużej można już rozpoznawać, kto jest ładniejszy a kto nie, ale pierwsze wrażenie robią niezłe), jeszcze jak się dobrze ubiorą i umalują. Natomiast Tajowie, cóż  mali, często z wąsem i brzuszkiem, nie przykuwają już tak uwagi. Jednak co jest bardzo zauważalne wielu młodych chłopaków jest bardzo zniewieściałych. Dzisiaj w parku widzieliśmy grupkę chyba tancerzy, która w dziwny sposób się ruszała i gestykulowała, wyginali się jeszcze bardziej niż dziewczyny w amerykańskich teledyskach, wyglądało to bardzo nienaturalnie i niemęsko(udało mi się zrobić zdjęcie) .Tutaj im się chyba wydaje, że to jest fajne. Młodzi są bardzo metro seksualni, często w obcisłych spodniach i koszulkach z damską fryzurą i torbą na ramieniu. Może przez to są atrakcyjnymi ladyboyami?;) Z resztą nie tylko kobiety sprzedają swoje usługi, ci chłopcy też je oferują. Sama dzisiaj widziałam jak starszy (na oko koło 65 – 70 lat) pan, otyły, niezbyt atrakcyjny szedł za rękę z takim chłopakiem (i to nie był dziadek z wnuczkiem!), cóż młode dziewczyny już go widocznie nie kręcą a chce mieć jakąś przyjemność z życia;) Z resztą nikogo tutaj nie powinny dziwić takie widoki czy też „zakochane pary na jedną noc” – młoda Tajka, starszy Europejczyk. Ci ludzie po to tu przyjeżdżają. U siebie w kraju mają pewnie rodziny, dobrą pracę a tu „korzystają z życia”. Tu mogą spełniać swoje fantazje. Młodzi też są, może chcą spróbować egzotyki? Nie wiem, każdy kieruje się jakimiś swoimi pobudkami. Społeczeństwo tutaj jest o wiele bardziej tolerancyjne pod tym względem, jest to dla nich normalne, że w taki sposób się zarabia, jak już wcześniej wspominałam, sami korzystają z takich usług. A turyści przyjeżdżają wydawać na to swoje pieniądze. Z tego co wiem są też bardziej „wyrozumiali” dla gejów i lesbijek. Jest ich tu mnóstwo, z różnych krajów, nie kryją się z tym tak jak u nas. W Polsce czy w innym kraju nie są tolerowani a tu czują się chyba jak ryby w wodzie:) Nocny targ, jest głośny, tłoczny, kolorowy i pełen „seks atrakcji”. W powietrzu czuć, że chodzi tylko o jedno…Seks i kurtyzany od zawsze towarzyszyły człowiekowi. I raczej to się w najbliższej przyszłości nie zmieni.

Pozdrawiam:)

rybka