Luangprabang

11 03 2010
Luangprabang jest uroczym, kolonialnym miasteczkiem położonym między dwoma rzekami w górach na północy Laosu. Temperatura jest tu zdecydowanie niższa niż na południu kraju, ale to dobrze, bo nadaje to taki specyficzny nastrój w miasteczku.
Jest to bardzo europejska miescowość, powiedziałbym, że chyba najbardziej cywilizowana ze wszystkich w Laosie. Przede wszystkim jest czysto, o co bardzo trudno w Azji! I nie przeszkadza mi fakt, że ulicami chodzi mnóstwo turystów. Są miejsca gdzie się czuję dobrze wraz z innymi podróżującymi a Luangprabang właśnie do tych miejsc należy. Czuć tu ten kolonialny klimat a uroku dodają widoki gór. Vang Vieng było podobne, ale tam panował bardziej imprezowy nastrój, tym czasem tutaj jest cisza i spokój. Do tego mamy ładny, drewniany pokój, który mi przypomina górskie schroniska z Zakopanego.
Wart uwagi jest tu nocny market, na którym można kupić mnóstwo pamiątek, często ręcznie wykonanych. Oczywiście trzeba się targować ze sprzedawcami, ale ceny i tak są bardzo niskie a rzeczy wyjątkowe. Do tego można zjeść smacznego naleśnika przyrządzanego za $1 na słodko lub słono czy wypić szejka ze świeżych owoców za 0,5$. Szwędając się po targu natknęłam się nawet na kiełbasę! Smakowała całkiem nieźle jak na ten region. Tutaj raczej kiełbas się nie jada, ale produkją je chyba pod turystów. Jak ja się już stęskniłam za polskim jedzeniem, zwłaszcza chlebem!
W miasteczku zatrzymaliśmy się tylko na dwie noce, wczoraj zdążyliśmy wybrać się na wycieczkę do jednej z pobliskich jaskin. Akurat przyjechaliśmy popołudniu, gdy wejście było zamknięte, ale przewodnik okazał się bardzo miły i nas jeszcze wpuścił a po zwiedzaniu zaprosił na rozgrzewającego kieliszeczka „Moonshine”. Dzięki temu, że nie przyjechaliśmy rano tak jak to robi większość, unikneliśmy tłumu wycieczkowiczów. Cała jaskinia była tylko dla nas.  Rzeka, las i góry, które ja otaczają trochę przypominały mi klimat z filmu „Truposz”, który nie jest wcale straszny.
Czas nistety nagli.  Dzisiaj wieczorem nocnym autobusem wyruszamy prosto do granicy Tajlandzkiej, żeby zobaczyć jeszcze „Złoty Trójkąt”.
Pozdrawiam
rybka


Vang Vieng

6 03 2010

Dostaliśmy wizy i wyjechaliśmy już z Vientiane.

Kolejną miejscowoscią na naszej trasie w Laosie jest Vang Vieng, która słynie głównie z tubingu. Wypożycza się oponę i płynie się na niej z prądem rzeki. Jeszcze zanim dotarłam do tej miejscowości czytałam i słyszałam, że koniecznie trzeba spróbować tubingu! Być w Vang Vieng i nie płynąć na oponie, to tak jak być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eiffela! Czy jest to aż takie super, jak wszystkim się dookoła wydaje? Nie wiem, bo jeszcze nie próbowałam. Wypożyczenie takiej opony kosztuje $7 na parę godzin, gdzie na Don Det taka sama atrakcja kosztowała $1. Jednak tubing w Vang Vieng cieszy się ogromnym powodzeniem, tak samo jak oglądanie ‚Przyjaciół’ w restauracjach w międzyczasie, gdy się akurat nie pływa na oponie. Może rzeczywiście to jest taka frajda?

Mnie jednak ta miejscowość ujęła swoim krajobrazem. Tu już zaczynają się góry. Wokół miasteczka są piękne widoki szczytów. Nie są to wysokie góry, ale mają ciekawe kształty. Do tego są jaskinie, do których można zajrzeć. Mimo, że jest to bardzo turystyczna miejscowość (głównie przez tubing) to w tym wypadku mi to nie przeszkadza. Większość ludzi siedzi w centrum albo pływa cały dzień na oponie popijając w miedzyczasie LaoBeer, a jest tu tyle ładnych zakątków do zobaczenia. Nawet wchodząc na oddalone o 500m wzgórze, żeby zobaczyć panoramę miasteczka, nie spotkaliśmy nikogo.

Gdy latem odwiedzałam wrocławskie zoo, szłam do motylarium, bo tam panuje taki specyficzny klimat. Myślałam sobie wtedy, że chciałbym się znaleźć w takim naturalnym środowisku.

I jestem. Motylarium w zoo to namiastka lasu z Vang Vieng, w którym latają piękne duże motyle, słychać cykające owady a rośliny mienią się wszystkimi odcieniami zieleni w promieniach słońca:)


Więcej zdjęć w galerii foto:)

Pozdrawiam

rybka



Batu Caves

17 10 2009

Batu caves

Batu Caves to jaskinie niedaleko K.L gdzie można (za darmo) wejśc i zwiedzić znajdujące się w nich hinduskie świątynie. Warte zobaczenia. Organizacja w tym kraju jest trocę dziwna. Jaskinie są położone zaraz przy bardzo ruchliwej ulicy, gdzie mimo dużego natłoku ludzi nie ma przejścia. Po co?? Trzeba wyczaić odpowiedni moment kiedy samochody są w odległości, że nie zdażą nikogo rozjechać i biec. A ja narzekałam, że u nas tacy niekulturalni kierowcy, ci sągorsi! Często zamiast kierunkowskazu uzywaja klaksonu, albo go włączaja, byle żeby byl, już nie patrzą czy światelko mruga w tą strone co się skręca. Ważne, ze coś świeci:) Do samych jaksin dojechaliśmy miejskim transportem. Mozna było wziąść taksówkę, ale po co?? Godzina jazdy tym autobusem dostarczyła mi wrażeń, że żadne taxi nie zapewni.Oczywiście autobus trzeba napchać maksymalnie jak się da. Nie ma tam oznakowanych przystanków, autobus sie zatrzymuje i albo wskakujesz albo nie, nikt nie będzie czekał i przejmował się. Byliśmy chyba jedynymi bialymi twarzami tam. Na początku Ci ludzie trochę mnie przerażali. Większość pasażerow to byli ciemni mężczyźni, co drugi miał wąsa i wyglądali trochę jak terroryści, których nam pokazują w wiadomościach w TV. Taki emoje głupie, dziwne wrażenie, przecież to zwyczajni ludzie, jadący do pracy czy odwiedzić znajomych. Taka  już ich uroda. Za to babeczki są o wiele ładniejsze. Tylko szkoda, że większość z nich ukrywa swoją urodę pod tymi chustami. Ma to swój urok, ale jak dla mnie, jeśli dziewczyna jest ładna to powinna pokazać się światu:)

A co do jaskiń, to bardzo ładne, z kolorowymi figurkami hinduskich świętych. Udało nam się nawet załapać na modlitwę, czy ceremonię, która się tam odbywała. Klimat w środku niesamowity, niby świątynia, ale do okoła biegają kury, małpy, koty i gołębie. A przed wejściem można sobie zrobić zdjęcie z wężem albo jaszczurka. Jednym slowem, rozgardiasz. Nie do pomyślenia u nas np. na Jasnej Górze. Kto to widział kurę w sanktuarium?! A przecież i jedni i drudzy chcą trzcić swojego Boga i świętych. Nie ważne w jaki sposób, ważne że szczerze.

Pozdrawiam

Rybka