Opluj chodnik w Singapurze

20 03 2010

Dwa dni spędzone w Singapurze pozwoliły mi zapomnieć jak wygląda prawdziwy świat. Znalazłam się w miejscu gdzie jest czysto i ładnie a komunikacja miejska stoi na wysokim poziomie. Na ulicach nie widać biednych i żebrzących, ale dobrze ubranych ludzi, wyposażonych w laptopy, przenośne konsole do gier, nowoczesne telefony i mp3. Siedząc nad rzeką pomiędzy biznesowymi wieżowcami można poczuć się jak w filmie „Seks w wielkim mieście”.

Jednak w Singapurze trzeba być ostrożnym.  Jest to bardzo restrykcyjne państwo – miasto. I to nie tylko pod względem narkotyków. Wysokie kary pieniężne grożą za śmiecenie na ulicy, plucie, palenie papierosów,  karmienie ptaków a nawet jedzenie i picie w metrze i przejściach podziemnych. Żucie gum jest również źle postrzegane. Większość miejsc publicznych jest monitorowana. Jadąc kolejką z lotniska do centrum usłyszeliśmy nagle komunikat, że jeśli zaobserwuje się coś lub kogoś podejrzanego to natychmiast należy to zgłosić obsłudze. W pewnym momencie czułam się jakby wszyscy w wagonie patrzyli na nas. Zdecydowanie wyróżnialiśmy się z tłumu, zmęczeni po podróży, z plecakami na plecach, w luźnych, schodzonych ciuchach bez laptopa pod ręką i słuchawek w uszach…

Mimo wszystko  jest przyjemnie. Nie ma problemu z porozumiewaniem się, każdy mówi po angielsku. Komunikacja miejska jest bardzo klarownie opisana a  usługi są na wysokim poziomie. Sklepy i restauracje są czyste i ładne, prawe wszędzie, tylko nie w dzielnicy Little India. Chyba w każdym większym mieście ten rejon  jest najbardziej brudny.

W Singapurze panują zupełnie inne standardy niż w całej Azji południowo – wschodniej. Jest bardzo dużo zieleni i parków. Większą uwagę zwraca się na wygląd, gadżety i ekologię. Nawet suszarki do rąk w toaletach są ekologiczne! Jednak czar pryska, gdy wyjedzie się po za granice Singapuru, do zwyczajnego azjatyckiego kraju, gdzie nie ma żadnych restrykcyjnych regulacji i panuje jeden wielki nieład.

Niestety podczas tak krótkiego pobytu cały czas padało! Zaczęła się pora deszczowa. Mimo to udało nam się odwiedzić parę miejsc, min. nowoczesne muzeum narodowe (w którym jeszcze załapałam się na wystawę o moim ulubionym Starożytnym Egipcie:)) i wyspę Santosa, gdzie znajdują się kasyna, park rozrywki i studio Universal.

Przed nami ostatni przystanek w Melace i czas wracać do Europy:)

Pozdrawiam

rybka



Do you have some money?

4 02 2010


Wczoraj wypożyczyliśmy skuter, na razie na próbę, na jeden dzień, żeby zwiedzić okolicę. Pojechaliśmy na pobliskie plaże i górki. I jest to zdecydowanie lepszy pomysł, być niezależnym niż za każdym razem brać tuk tuka. Wszędzie tam gdzie nie dojdzie się na nogach można sobie w parę minut dojechać motorem. Wbrew pozorom jazda po tutejszych drogach nie jest trudna. Z punktu obserwatora może się zdawać, że panuje kompletny chaos. Jednak z punktu widzenia kierowcy poruszanie się przychodzi znacznie łatwiej. Mimo to mieliśmy przyjemność spotkania policji. Mieliśmy kask (tutaj tylko jest on obowiązkowy dla kierowcy), ale mimo to i tak nas zatrzymali. Kazali nam zapłacić $1 za to, że jechaliśmy bez świateł (mimo, że inni też bez nich jeżdżą), wiadomo, przyjezdni nie znają lokalnego prawa i nie będą się kłócić. Tutaj policjant nie wypisuje mandatów, tylko oficjalnie bierze pieniądze i pozwala jechać dalej.

Okoliczne widoki są niesamowite. Po za miejscami obleganymi przez turystów, głównie przy plaży, są miejsca gdzie lokalna społeczność dawno nie widziała białej twarzy. Mieszkają daleko od centrum w drewnianych, ledwie stojących chatkach. Przy takiej temperaturze jaka tu panuje, życie toczy się głównie na powietrzu. Dzieci od rana do wieczora biegają boso po podwórku, kobiety gotują i smażą na zewnątrz. Ci ludzie nie potrzebują dwóch sypialni i łazienek. Często cała rodzina śpi w jednym pomieszczeniu. Ważne, że jest dach nad głową i telewizorem gdy spadnie deszcz. Telewizor jest tu oknem na świat, każda rodzina, która ma prąd ma też telewizor. Dzieci z zainteresowaniem podbiegają do każdej nowej osoby, która się pojawi w ich otoczeniu. Często z nadzieją, że coś dostaną od przyjezdnych. Już kilku letnie dzieci znają słowo „money” i proszą o jakieś drobne, ale nawet ciastko czy mandarynka sprawia im radość.





Jednak gdy pozna się trochę okolię widać, że Sihanoukville się bardzo rozrasta. Jest dużo zachodnich inwestycji. Budują się nowe hotele, resorty i restauracje. Na Victory Hill (tam gdzie mieszkamy już od miesiąca z krótką przerwą na Sajgon) jest club Airport. Prowadzą go Rosjanie, zresztą ich zaraz po Francuzach jest tu najwięcej. Lokal jest zrobiony w całkiem niezłym stylu. Jest to hangar, w którym przy suficie został przymocowany prawdziwy samolot, oczywiście rosyjski. Można wejść do środka, do kabiny pilota. Do tego bar, scena, z miejscem dla DJ, wszystko utrzymane w stylistyce lotniska i usytuowane przy samej plaży, z widokiem na palmy i morze. Na razie świeci pustkami, w weekend przychodzi trochę ludzi, napić się piwa. Jednak jestem przekonana, że w przeciągu kilku lat, jak nie miesięcy, zjadą się tu tłumy. Jeszcze nie każdy odkrył Kambodżę tak jak Tajlandię czy Bali. W świecie może być postrzegana jako dzikie, komunistyczne państwo, nie każdy wie, że ustrój socjalny już minął a kraj zaczyna się rozwijać. I przyciąga jak magnes:)


Dużo więcej nowych zdjęć jest już w Galerii Foto
Pozdrawiam
rybka



Miss Saigon

21 01 2010

Szczerze mówiąc to Sajgon wyobrażałam sobie zupełnie inaczej, gorzej. Bardziej zacofanie, chyba przez to, że Wietnam jest krajem socjalistycznym. Rozumiem teraz, że obcokrajowcy mogą mieć takie samo wyobrażenie o Polsce, mimo, że u nas komuny już nie ma. Socjalizm kojarzy się z biedą i brakiem rozwoju a kapitalizm z cywilizacją. Tym czasem Ho Chi Minh City (oficjalna nazwa Sajgonu) jest mieszanką Bangkoku i Kuala Lumpur. Jest to ogromne, zatłoczone miasto, z tysiącem skuterów na ulicy. Przekraczanie przejścia dla pieszych w Indonezji czy Malezji to nic w porównaniu z tutejszymi. Dziennie na ulicach tego miasta statystycznie  ginie 3,5 osoby a w całym Wietnamie 40! Mimo wszystko ma ono swój urok, zdecydowanie silniejszy niż Bangkok. Trochę też przypomina mi Hong Kong, ludzie są też bardziej podobni do Chińczyków, ale więcej się uśmiechają.

Dzisiaj rano wyruszyliśmy zobaczyć dwa ciekawe miejsca w okolicy Sajgonu.

Pierwsze z nich to świątynia, w której modlą się wyznawcy Kadoaizmu. Jest to wietnamska religia łącząca w sobie głównie elementy Chrześcijaństwa, Buddyzmu, Konfucjonizmu i Taoizmu, wpływ na jej kształtowanie się miał również Judaizm i Islam. Jest to dość młoda religia, bo założona w 1926 roku. Do jej świętych należą: chiński rewolucjonista oraz dwóch poetów, wietnamski i francuski.

Do świątyni trafiliśmy podczas modlitwy. Nie ma jednak zakazu fotografowania i oglądania w czasie obrzędów. Są wyznaczone specjalne osoby pilnujące porządku wśród odwiedzających. Trzeba tylko zachować spokój i ściągnąć obuwie przed wejściem. Jednak jest tam zdecydowanie za dużo turystów, którzy często przelatują przez świątynię bez chwili zastanowienia, bez żadnej refleksji.

Drugim celem naszej wycieczki było Cu Chi. Miejscowość, która słynie ze swoich bardzo rozbudowanych tuneli. Ponad 200 km podziemnych korytarzy powstało podczas wojny wietnamsko – amerykańskiej. Tunele są bardzo wąskie i niskie. Dobrze zakamuflowane w dżungli. Korytarze służyły Wietnamczykom nie tylko jako schrony przed atakiem bombowym. Dzięki nim mogli przemieszczać się niepostrzeżenie po terenie zajętym przez wroga i zaatakować go, gdy ten niczego się nie spodziewał. Wietnamscy żołnierze byli bardzo zmobilizowani do walki. Mimo, że ich armia była słabiej wyposażona od amerykańskiej to mieli tą przewagę, że walczyli na swoim terenie, który dobrze znali i mogli przewidzieć, w które miejsce mogą uderzyć Amerykanie. W dżungli zastawiali pułapki i miny, które zabijały bądź ciężko raniły wroga. Kilkadziesiąt lat temu toczyła się tu walka o życie dziś jest to muzeum. Bardzo lubię odwiedzać tego typu miejsca, gdyż są one historyczne. I to nie jest odległa historia, ale współczesna. Tworzą ją ludzie chodzący tymi samymi ulicami co ja. Zupełnie jak w Kambodży.

Dzisiejszy wyjazd, to była zorganizowana wycieczka z biura, którą wykupiliśmy sobie dzień wcześniej. Do tej pory wszelkiego rodzaju atrakcje odwiedzaliśmy sami i raczej tak zostanie. Jadąc wypełnionym turystami autokarem, wraz z przewodnikiem, który podaje czas zbiórki i odjazdu czuję się osaczona. Miejsca były wyjątkowe, ale przelecieliśmy przez nie jak tornado. Zwłaszcza w świątyni. Był czas żeby popatrzeć, zrobić zdjęcie i z powrotem do autobusu trzeba się pakować. Ja lubię obejrzeć sobie wszystko na spokojnie, bez bieganiny. Zastanowić się chwilę a nie lecieć w pośpiechu, bo cała wycieczka już czeka i chce jechać na obiad. Więcej czasu spędziliśmy w autokarze niż na oglądaniu. Jednak są ludzie, którzy lubią podróżować w taki sposób, może boją się, że sami sobie nie poradzą. Ja jednak wolę przemieszczać się na własną rękę, nie zostawiać decyzji do podjęcia organizatorom, ale sobie:)

Pozdrawiam

rybka



Lady tuk-tuk ?!

7 01 2010

Phnom Penh prócz tłoku i hałasu ma jeszcze parę ciekawszych rzeczy do zaoferowania. Pierwsze wrażenie jakie sprawia to miasto to chaos i nieład. Nie ma tu wiele zieleni ani parków, a to co jest, często bywa zaśmiecone. Ulice są szerokie, ale pełne pojazdów, żeby przejść przez ulicę trzeba bardzo uważać żeby nie wpaść pod koła jadącego pod prąd motoru czy tuk tuka. Nikt nie zwraca uwagi na światła, które na przejsciach dla pieszych i tak nie działają. Ulice wypełnione są straganami, sprzedawcami i boso biegającymi dziećmi, bawiącymi się pomiędzy zaparkowanymi na chodniku samochodami. Między małymi, zaniedbanymi domami powstają coraz to nowsze centra handlowe, w których zawsze jest pełno ludzi, zwłaszcza młodzieży i w których można dostać niesamowite rzeczy. W Polsce w galeriach są tylko markowe, renomowane butiki, większość podrabianych rzeczy kupuje się na placach i targowiskach.
Tutaj natomiast można kupić wszystko! Są specjalne sklepy z grami, programami komputerowymi, muzyką po $3, $4 za  płytę. Oficjalnie można kupić sobie za 10zł system operacyjny do komputera, nową płytę cd swojego ulubionego wykonawcy czy jakiś przebój kinowy. Asortyment na półkach w sklepach jest ogromny. Wszelkich kształtów i kolorów telefony komórkowe, np firmy Ferrari za $100, pozłacane, posrebrzane czy wykładane cyrkoniami. Dostępnych jest mnóstwo różnego rodzaju odtwarzaczy mp3, konsoli do gier czy laptopów. Oczywiste jest, że w sieciowych sklepach, które są w całym kraju, ceny sprzętów wyrównują się z zachodnimi cenami, ale zaglądając od stoiska do stoiska u poszczegółnych sprzedawców można trafić na okazje:)

Po za zwiedzaniem domów towarowych, można odwiedzić jeszcze srebrną pagodę – świątynię ku czci Buddy i pałac królewski. Niestety okazało się, że dzisiaj jest święto narodowe i miejsca te są zamknięte dla turystów. Oczywiście dowiedzieliśmy się o tym jak kierowca tuk tuka przywiózł nas pod bramę pagody i oznajmił, że dzisiaj jest nieczynna a następnie w zamian zaoferował kolejny kurs, na pola śmierci. Zdecydowaliśmy się jednak zostać w mieście i zajrzeć do muzeum narodowego, które było w pobliżu. Nie należy ono do największych, nie ma tam tysiąca zapierających dech w piersiach eksponatów, ale ma ono swój klimat. Zwłaszcza uroczy ogródek:) Wydaje mi się, że Kambodża została obrabowana z wszelkiego rodzaju wartościowych rzeczy przez kolonizatorów, eksplorujących te tereny (to tak jak najlepsze eksponaty starożytnego Egiptu zobaczyć można w londyńskim muzeum a nie w samym Egipcie) a to co się ostało, mogło zostać zniszczone w okresie rewolucji Pol Pota. Niemniej jednak coś w muzeum jest i warto zobaczyć choć trochę ich dziedzictwa kulturowego.
Pozdrawiam
rybka


One night in Bangkok..

10 12 2009

Opuściliśmy już piękne wyspy (to było zachodnie wybrzeże, ale w drodze powrotnej możemy jeszcze zobaczyć wschodnie, tam również jest mnóstwo pięknych wysp jak np. Ko Pha Nang, gdzie organizowane są co miesiąc Full Moon Party). Przypłynęliśmy z powrotem na ląd do Hat Yai a stamtąd mieliśmy tego samego dnia pociąg nocny do Bangkoku. Podróż trwała ponad 15h, dłużej niż nasz lot do Azji. Jednak klimat w pociągu był bardzo przyjemny. Mieliśmy kuszetki, więc całą noc spaliśmy:) Ostatnim razem taki nocleg w pociągu miałam jakieś 10 lat temu, gdy jechałam z klasą na wycieczkę do Świnoujścia:) W Bangkoku chyba zostaniemy aż do Sylwestra. Zależy czy nam się spodoba miasto. Stolica jest ogromna i ruchliwa, mieszka tu 6 mln ludzi. Ulice pełne samochodów i tuk tuków, które jeżdżą jako taksówki. Jest tu wiele miejsc do zobaczenia, zarówno świątynie, pałac królewski, parki, muza, ale również zoo i dzielnice sex turystyczne jak Pat Pong, na których można skorzystać z różnego rodzaju usług…;) czy zobaczyć ping pong albo banana show:) Pierwszą noc w stolicy mamy już za sobą.  Nie działo się nic wyjątkowego. Wzięliśmy tylko jeden nocleg, żeby zrzucić bagaże i poszukać odpowiedniego pokoju na dłużej. I udało się. Znaleźliśmy taki, przy mniej zatłoczonej ulicy niż Khao San Road – chyba najbardziej popularna ulica w Tajlandii w dzielnicy backpackerskiej. Znajdzie się tu wszystko od restauracji, hosteli, dyskotek, straganów z ubraniami, pamiątkami po podrabiane wszelkiego rodzaju dokumenty. Można sobie kupić międzynarodowe prawo jazdy, legitymację studencką, zaświadczenie, że jest się międzynarodowym nauczycielem angielskiego, czy legitymację prasową:) Dla znudzonych tradycyjną kuchnią są serwowane pieczone na grillu skorpiony, karaluchy, szarańcza i glizdy. Widok pieczonych robali jest chyba jeszcze gorszy niż zobaczenie ich żywych. Widziałam, że parę osób się skusiło na taką specjalność, ja jednak wolę pozostać przy kurczakach i świnkach! (Może uda mi się zrobić zdjęcie, chociaż na niektórych straganach jest zakaz fotografowania!) Mamy niedrogi pokój (200BHT / noc czyli ok. 18zł) z internetem i balkonem:) Można się tu zadomowić na dłużej. Niestety nie czuć tutaj tak klimatu świąt jak w Polsce. Nie ma tylu światełek, choinek i bałwanków, za to jest mnóstw innych rzeczy egzotycznych. Zawsze chciałam raz spędzić święta w ciepłym kraju, żeby poczuć inny klimat, ale za tym polskim też tęsknię.

Zdjęć jeszcze nie mam z Bangkoku, ale pewnie dzisiaj wieczorem jakieś zrobimy to wrzucę:) Za to w galerii są zaktualizowane zdjęcia z wysp:)

Pozdrawiam

rybka