Przereklamowany Laos

28 02 2010

Jestesmy juz w Vientiane, stolicy Laosu. Przyjechalismy sypialnym autobusem (takim z lozkami, jak w nocnych pociagach) dzisiaj nad ranem. 13h podrozy zlecialo w mgnieniu oka, pierwszy raz jechalam autobusem, w ktorym mozna spac na lozku:)

W ciagu jednego dnia da sie poznac cale miasto. Vientiane jest chyba najmniejsza stolica swiata, napewno jedna z mniejszych. Szczerze mowiac to tu nie ma nic specjalmego. Wybrzeze nad rzeka wyglada jak plac budowy,  zamiast zieleni stoja koparki i spychacze a ziemia przypomina pustynie.  Wiekszosc turystow przyjezdza tu chyba siedziec w kawiarniach i restauracjach, albo wyrobic wizy do sasiednich krajaow (tak jak my, potrzebujemy do Tajlandi). Zabytkow miasteczko tez nie ma za wiele a ceny sa bardzo wysokie jak na ten region swiata. To przez to, ze Laos staje sie coraz bardziej popularny i komercyjny. Przyjezdza do niego mnostwo turystow. Nie spodziewalam sie ich az tylu! Mam nadzieje, ze na polnocy gdzies miedzy gorami bedzie mniej turystycznie a bardziej dziko.

Za to na Don Det bardzo mie sie podobalo. Rzeka, spokoj… W noc przed naszym wyjazdem byl festyn, rozstawione byly stragany i dwie sceny z lokalna muzyka. Zabawa do bialego rana. To dopiero byla atrakcja we wsi!

Natomiast co jest warte uwagi w Vientiane to muzeum narodowe, ktore przedstawia nieco historii, kultury i rozwoj kraju. Laotanczycy walczyli najpierw z imperializmem francuskim a pozniej amerykanskim, historie tego okresu mozna poznac w muzeum. Oczywiscie na scianach wisza portrety komunistycznych dzialaczy, min Lenina i Cho Hi Minh. W czesci archeologicznej jest nawet kosc dinozaura odkopana na terenie tego kraju. Mozna znalezc tez zdjecie dzieci w pracowni komputerowej (widac, ze Laotanczycy sa dumni ze swojego kraju, mimo iz rozwija sie on powoli a mieszkancy prowadza bardzo proste zycie). Jednak wsrod wielu eksponatow najbardziej  przyciagaja uwage opium, amfetamina, marihuana i heroina! Zostaly one chyba zakonfiskowane przemytnikom i wystawione w gablocie i to w dosc sporych ilosciach:)

Postaram sie wkrotce dodac zdjecia. Na razie pisze z kafejki a internet dziala tu wolniej niz na wyspie Don Det!

Pozdrawiam

rybka



Czas się zatrzymał nad Mekongiem

24 02 2010

Na sąsiednich wyspach Don Det są dwa wodospady,  jeden z nich jest oddalony o 6 km, idealny dystans na spacer. Wodospad jest bardziej widowiskowy niż ten z Kambodży. Jest duży, położony pomiędzy skałami. Prąd wody jest naprawdę mocny. Mimo, iż lokalni bardzo śmiecą, to jakoś udaje im się dbać o wodospad, aby był czysty. Jest nawet przy nim piaszczysta plaża i łagodne zejście do wody:)

Na trasie przechodzi się przez most pozostawiony jeszcze przez Francuzów (opłata za przejście dla turystów $2,5 dla lokalnych $0,5). Kolonialiści próbowali wprowadzić kolej na wyspach. Idąc widzieliśmy pozostawone tory kolejowe i na wpół rozebraną lokomotywę. Lokalnym jednak kolej nie jest potrzebna, mają łódki i rowery. Ich życie nad Mekongiem jest bardzo proste. Chaty dla turystów mają cztery ściany, ale sami mieszkają tylko na zadaszonych deskach. O łazience nie ma mowy, kąpią się i robią pranie w rzece.  Za to na każdym podwórku musi być wielka antena satelitarna:)

Szczerze mówiąc to nie spodziewałam się, że nad rzeką może być tak przyjemny klimat i krajobraz:) Siedząc na tarasie chatki widać szeroki Mekong, wyspy, wysokie drzewa a w oddali góry:)  Czas tu zwalnia.

Pozdrawiam
rybka


4000 wysp

22 02 2010


Na ogromnym Mekongu jest mnóstwo wysp i wysepek. To miejsce jest nazywane 4000 wysp i jest o wiele bardziej urocze niż Pakse.  Swoim sielskim klimatem przyciąga wielu turystów. My równiez postanowiliśmy odwiedzić jedną z wysp – Don Det.

Na wyspie jest mnóstwo zieleni i świeżego powietrza. Oddycha się przyjemnie. Do tego słońce często jest za chmurami a od czasu do czasu pada deszcz, więc nie ma upałów. .W rzecze żyją ponoć delfiny! Mieszkamy w drewanianej chacie nad samą rzeką.

Do wysp doprowadzono prąd a nawet internet, ale są to wioski gdzie biegają kury, kaczki, świnie, bawoły pasą się na polanach a kobiety przychodzą robić pranie w rzece.  Brzmi to dość dziko, ale turystów na wyspie jest dużo. Więcej niż lokalnych.  Mimo to klimat na Don Det jest uroczy. Ostatnie tygodnie w Kambodży mieszkaliśmy w cywilizacji, więc oderwanie się od niej na parę dni w Laosie jest frajdą. Spacerując po wyspie przypomniały mi się czasy dzieciństwa gdy jako mała dziewczynka biegałam beztrosko po polach i obserwowałam świat, który mnie otacza…

Pozdrawiam
rybka



Jesteśmy już w Laosie:)

20 02 2010

W Kamodży byliśmy najdłużej, bo aż 2 miesiące z czego mesiąc nad morzem w Sihanoukville.  Liczymy, że w Laosie,  na północy zobaczymy góry:)
Wróciliśmy jeszcze na dwa dni do Phnom Penh żeby dostać wizę do Laosu.  Przejście graniczne pomiędzy Kambodżą a Laosem jest nieoficjalnym przejściem, więc wizy tam się nie dostanie, tak przynajmniej piszą przewodniki. Co się jednak okazało wiza na granicy jest możliwa.  Jest to tylko kwestia zapłacenia odpowiedniej sumy odpowiednim ludziom.  Samo przejście rzeczywiście wygląda mało oficjalnie.  Stoją dwie zbitye z drewna budki, w których siedzą celnicy, wbijają pieczątki do paszportów i pobierają opłatę w wysokości $5.

Podróż z Phnom Penh do Pakse (pierwsza z większych miejscowości w Laosie z bankomatami) trwała cały dzień. Do miasteczka wjechaliśmy wieczorem. Nie zrobiło ono na nas dobrego wrażenia.  Swoją zabudową trochę przypomina kolonialny George Town.  Jednak nie ma tam nic wyjątkowego. Szczerze to jest brudno i drogo. Widać, że lokalni wykorzystują fakt, iż jest to pierwsze cywilizowane miasteczko od granicy z Kambodżą i ceny mają wysokie, zwłaszcza za noclegi. Laos chyba wszystkim się kojarzy z niskimi cenami a tu takie rozczarowanie na samym początku.  Za to dostałam tam chrusty. Smakowały tak jak te domowej roboty.  Jakie  one były smaczne…

Pozdrawiam

rybka



Wodospad Kbal Chhay

14 02 2010

Jakieś 8km od centrum Sihanoukville jest nieduży, ale ładny wodospad. Najpierw jedzie się szeroką ruchliwą ulicą a następnie skręca w polną drogę, czerwonego koloru. Przecina ona jezioro i las, widoki są piękne. Przyroda i przestrzeń. Nagle na środku drogi pojawia się nieoznakowana budka, w której siedzi mężczyzna i pobiera opłatę za wjazd na teren wodospadu. Oczywiście nie daje turystom żadnego biletu a tym bardziej nie ma stałej ceny:) Spodziewałam się czystego parku, bo rezerwat ta za duże słowo, w którym cała ta atrakcja (dla mnie przynajmniej wodospad jest atrakcją, nie widziałam ich wiele) będzie położona. Okazuję się jednak, że jest to niemal śmietnisko połączone z małą wioską, gdzie kręci się więcej lokalnych niż zwiedzających.

Teraz jest pora sucha w Kambodży więc nie było dużo wody, ale wodospad mimo to i tak jest uroczy. Położony na skałach, które tworzą wyższe i niższe piętra. Nie mogło się obejść bez kąpieli:)
Zmartwiła mnie tylko jedna rzecz. Otóż, dlaczego jest tam tak brudno? Wokoło pełno puszek, butelek, worków plastikowych, opakowań po chipsach. Dlaczego nikt nie dba o to? Nad wodospadem mieszkają lokalni w swoich drewnianych, zbitych chatach i bardziej ich obchodzi wciskanie turystom niepotrzebnych produktów niż dbanie o własny teren. Jak tylko się pojawiliśmy w ich zasięgu wzroku zaraz nas obskoczyli z koszami pełnymi różnych rzeczy. I nie odstępowali na krok, jak cienie, gdzie my to i oni:)

Gdyby to było uporządkowane i zorganizowane to by więcej na tym zarobili niż na sprzedaży słodyczy i pamiątek, bo turyści chętniej by odwiedzali czyste, zadbane miejsce. Przecież posprzątanie nic nie kosztuje! Niestety to jest trzeci świat i tu myśli się bardzo wąsko, „ja i ja”. Przeciętny mieszkaniec miejscowości jadąc skuterem czy idąc chodnikiem rzuci na ziemię to co ma w ręce. Już nie raz byłam świadkiem takich sytuacji. Nie ważne czy to jest ulica, czy trawa. Kubłów na śmieci tutaj się nie używa!

Mam nadzieję, że Kambodża się kiedyś na tyle rozwinie, że ludzie będą dbać nie tylko o swój interes, ale też o ogólne dobro.

Pozdrawiam

rybka