Wyprawa nad wodospad

30 11 2009
Jak już wspominałam na wyspie jest sporo miejsc do oglądania. My wczoraj wybraliśmy się nad wodospad Lu Du. Wyprawa zajęła  nam cały dzień, łacznie 9h. Wyszliśmy rano po śniadaniu. Początek był lekki. Idzie się utwardzoną betonową drogą między drzewami, nie sposób się zgubić. Wędruje się przyjemnie, dookoła wysokie drzewa, zielona trawa a w oddali szum morza. Jakieś dziwne stworzenie ukryte między gałęziami przez cały dzień wydaje dźwięk przypominający gwizdanie czajnika z gotującą się wodą. Słysząc to pierwszy raz myślałam, że to jakieś urządzenie, ale gdy weszliśmy w las dźwięk się nasilał. I to tak piszczy przez cały dzień! Minęliśmy jedną plażę, później drugą bardziej kamienistą, aż pojawił się drogowskaz na wodospad. Ścieżka prowadziła w głąb lasu, wzdłuż rzeki. Tam już nie było tak łatwo się przedostać. Przez pewien czas przez las prowadziła wydeptana ścieżka, ale gdy ją zgubiliśmy szliśmy wzdłuż rzeki po kamienieniach, dość sporych, które leżały na jej brzegu. Nazwała bym je nawet głazami, bo były naprawdę duże. Momentami trzeba było przechodzić przez rzekę z jednego brzegu na drugi. Trasa ta nie jest zbyt dobrze oznakowana. Miejscami są przyczepione do drzew strzałki, ale każda pokazywała inny kierunek:) chociaż o tyle dobrze, bo jest to zawsze znak, że jesteśmy na szlaku. Z resztą idąc wzdłuż rzeki prędzej czy później musieliśmy dojść do wodospadu. Podejrzewam, że droga specjalnie nie jest oznakowana, żeby osoby, które się wybierają tam, wynajęły przewodnika, który oprowadzi ich po wyspie. My jednak woleliśmy sami tam trafić, cała przyjemność w tym, że się idzie w nieznane! Jest to pewnego rodzaju przygoda (nam udało się tam dotrzeć, ale rozmawiałam z parą, która się poddała i zawróciła, nie ujżeli wodospadu). Po paru godzinach wędrówki wkońcu dotarliśmy do celu. Szcerze mówiąc to już miałam parę momentów zwątpienia, żeby zawrócić i iść spowrotem, przecież nic na siłę, jestem tu z przyjemnośći a nie z przymusu, tym bardziej, że bałam się, że zastanie nas wieczór. Tutaj zmrok zapada po 18:00. A przed nami jeszcze kawał drogi powrotnej. Jednak czasem warto się wysilić, dla samego siebie i wrażeń! Zebraliśmy jeszcze trochę sił i warto było! Co prawda nie jest to wielki wodospad spadający z wielkiej skarpy w dół, tak go sobie wyobrażałam. Raczej należy do tych mniejszych:) I tak miał swój urok. Jest przy nim jeziorko, ze słodką wodą, gdzie można pływać i skakać ze skał do wody! Klimat niesamowity. Jezioro w środku lasu, otoczone skałami, nikogo dookoła nie ma, tylko my.  Przeźroczysta woda, w której pływają rybki i skubią po nogach. Wykąpaliśmy się i zrobiliśmy sobie mały piknik. Przynieśliśmy trochę jedzenia ze sobą. Niestety nadeszła burza i trzeba było się schować przed deszczem. Mam tu na myśli głównie plecaki, żeby nie przemokły. Było całkiem ciepło, więc nie zmarzliśmy strasznie. Ale lało tak mocno, że trzeba było przeczekać, bo źle się idzie w ulewie, jeszcze po wielkich kamieniach wzdłuż rzeki, gdzie w każdej chwili można się poślizgnąć. Przestało lać, ale deszcz i tak jeszcze trochę siąpił. Spowrotem nie wiem jak to się stało doszliśmy szybciej, mimo iż było ciężko! Mokre, śliskie skały, trochę się poobijałam. W pewnym momencie myślałam, że przegapiliśmy ścieżkę, która prowadziła do głównej drogi. Po deszczu ubita ziemia wszędzie wygląda tak samo, ciężko rozpoznać między drzewami dróżkę. Miałam wrażenie, że te skały się ciągną i ciągną! W końcu udało się, wyszliśmy na główny szlak, przestało padać. Wrażenia były wspaniałe po wodospadzie. Kąpiel w tak dzikim miejscu była cudowna, szkoda tylko, że tak daleko.  Ale przez to, że tyle się idzie, tak bardzo się docenia takie miejsca! Cała ta przeparwa przez rzekę. Zmęczenie się na własne życzenie jest przyjemne. Szliśmy już spokojnie drogą w stronę „domu” z nadzieją, że wreście się położymy i odpoczniemy po całym dniu chodzenia. Jednak to jeszcze nie koniec. Chcieliśmy sobie skróćić drogę powrotną i końcowy odcinek przejść plażą, po skałach. Tym bardziej, że dzień wcześniej tamtędy szliśmy na spacer, naszą plażę od tej oddzielało pasmo skał, po którym w ciągu dnia dało się przejść, ale nie wieczorem, gdy zaczął się przypływ! Więc ja popłynęłam w pław a Grzesiek szedł wzdłuż skał z plecakami, żeby ich nie zamoczyć. Jest wysoki więc fale go nie przykryja a tam jest w miarę płytko. Dla mnie stojąc przy brzegu, wyglądało to strasznie, fale tak mocno obijały się o skały, że bałam się, że mnie przykryją i połamią. Dlatego wolałam płynąć, nie był to daleki odcinek. Trzymałam się z dala od brzegu, żeby mnie prąd nie ściągnął na skały. I już prawie dopłynęłam do brzegu, gdy nagle zgubiliśmy się z Grześkiem. Po ciemku nie było nic widać. Ale krzycząc słyszeliśmy się, jednak w pewnym momencie ja go już przestałam słyszeć! Płynęłam swoim tępem a on szedł swoim. Nie mogliśmy się zlokalizować po głosie i wystraszyłam się, że coś się stało. Zarówno ja się bałam, że jemu coś się stało na skałach i on, że mi jak płynęłam. Co się okazało później, dało się przejść swobodnie, woda sięgała do pasa przy skałach a fale nie były już takie groźne, mogliśmy iść razem. Jednak chwilę grozy przeżyliśmy, gdy się zgubiliśmy w ciemnośći na morzu. Tym bardziej, że byliśmy zmęczeni po całym dniu wędrówki. A przy  brzegu fale wyglądały naprawdę groźnie. Już nie raz zostałam przykryta przez fale i opiłam się wody a tego wieczoru morze było wzburzone. Co gdyby tylko jedno z nas dotarło do brzegu?? W takich chwilach różne rzeczy przychodzą do głowy. Adrenalina mi bardzo podskoczyła! Nagła świadomość utarty kogoś bliskiego jest naprawdę przerażająca. Na szczęście nic się nikomu nie stało, wyszło małe nieporozumienie. Zmęczeni, też tego lepiej nie rozplanowalśmy tylko po prostu wleźliśmy do wody, chcąc jak najszybciej znaleźć się na brzegu. Odpoczynek w namiocie po takim dniu jeszcze nigdy nie był taki przyjemny!

Pozdrawiam
rybka


Ko Tarutao

30 11 2009
Moje wyobrażenie dzikich wysp skonfrontował realny świat. Nie tak to sobie ją wyobrażałam, ale to co zastałam wcale mnie nie rozczarowało. Jednak spodziewałam się o wiele  mniej zabudowań i ludzi. Cała wyspa Ko Tarutao należy do parku narodowego, na której znajdują się tylko: toalety i prysznice, jeden sklepik, jedna restauracja, biuro z mini biblioteką, małe muzeum, wypożyczalnia rowerów, no i bungalowy (tych co prawda jest dość sporo, nie spodziewałam się aż tylu), ale wszystko należy do parku. Mieszczą sie one wszytskie przy porcie, gdzie przypływają łodzie. Reszta część wyspy jest kompletnie dzika a jest ona dość spora. Nie ma żadnych prywatnych inwestorów, warkotu aut, choć parę skuterów jeździ po wyspie (a nawet udało nam się usłyszeć koparkę!). Nie da się uciec od cywilizacji, zresztą nie mam nic przeciwko niej, bo życie w kompletnej dziczy może być trudne, trzeba martwić się o to żeby wogóe przeżyć a nie jak żyć. Natomiast mając zapewnione podstawowe minimum, potrzebne człowiekowi do przeżycia, można zastanowić się jak żyć i skupić się na tym co jest dla nas ważne i nam potrzebne. Nie oszukujmy się człowiek też jest wygodny, ale takie miejsce jest wystarczające żeby poczuć się wolnym, bliżej natury. My mieszkamy w namiocie przy samej plaży:) Spokój i szum morza a wieczorem mamy widok na zachód słońca. Wybraliśmy namiot z dwóch względów, przede wszystkim jest dużo taniej mieszkać w swoim namiocie (30BHT / noc) niż w bungalowie, który i tak jest bardzo prosty (min 500BHT / noc), tak dla porównania 100 batów tajskich to około 9 zł. W Hat Yai mieliśmy pokój za 200BHT. Nie ma tu konkurencji więc park może sobie narzucić dowolną cenę. Po za tym mieszkanie w namiocie na takiej wyspie bardziej oddaje jej klimat, w każdej chwili można go zwinąć i przenieść się w inne miejsce. Plaże tu są szeroke i piaszczyste. Nie ma raf, ale za to dno jest gładkie i bez problemu można wejść do wody. Są też skały na które można się wspiąć i podziwiać widok z góry. Wyspa przed wojną była więzieniem dla groźnych przestępców i morderców. Podczas II wojny światowej do wyspy nie dostarczano pożywienia. Odcięto ją od świata. Zarówno więźniowie jak i ich strażnicy zbuntowali się i zaczęli napadać na pływajace w pobliżu statki. Tak rozpoczęło się piractwo w tych rejonach. Teraz jest to jedna z niewielu wysp gdzie jest zakaz budowania, za to można swobodnie sobie po niej spacerować i zwiedzać jej zakątki. Oby ona nie skończyła jak większość, gdzie już inwestorzy budują nowe resorty i hotele, wycinając zapewne piękną roślinność, żeby mieć miejsce pod plac budowy. Przyroda jest tu piękna i powietrze pachnie też inaczej. Małpy biegają sobie swobodnie, trzeba na nie uważać, bo rzucają się na jedzenie. Mi porwały kanapki i ciastka ze śniadania! Przyczaiły się i nagle skoczyły na stół, porywając zdobycz, szczerze mówiąc to mnie wystarszyły!  Po niebie latają orły białogłowe a w trawach siedzą jaszczurki. Można odwiedzić dwa wodospady albo jaskinię krokodyli. Napewno nie będę się tu nudzić!

Pozdrawiam
rybka


Hat Yai i LadyBoy

27 11 2009
Hat Yai – jest to nasza pierwsza miejscowość w Tajlandii. Zrobiliśmy sobie tutaj postój, przed wyruszeniem na dzikie wyspy Ko Tarutao National Marine Parku. Tutaj można zaczerpnąć informacji jak tam dojechać, bądź wykupić sobie na nie transport. My w planach mamy Ko Tarutao, Ko Adang i Ko Lipe. Kupiliśmy sobie namiot i jutro rano wyruszamy na wyspy. Z George Town w Malezji dojechaliśmy tutaj pociągiem, co prawda podróż trwała dłużej niż przewidywały to przewodniki, ale to normalne tu, że pociągi się spóżniają. Po za tym stoi się jeszcze na granicy. Zatem do Hat Yai dotarliśmy dopiero na wieczór, jednak nowych wrażeń miasto od razu nam dostarczyło. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyłam na ulicy to był słoń wędrujący pomiędzy jadącymi samochodami! Widok niesamowity i żadko spotykany, słoń idący ulicą, do tej pory widywałam je tylko w zoo:) Chyba trafiliśmy w jakimś wyjątkowym momencie, bo już więcej przechadzającyh się słoni nie widziałam. Miasto jest w miarę czyste, są szerokie ulice i chodniki, nie trzeba się bać, że jakiś szalony kierowca skutera postanowi jechać chodnikiem, bo na ulicy jest mu zatłoczno. Mam wrażenie, że ludzie są też ładniejsi. Ceny są podobne, nie wiem czy nawet nie są niższe, zobaczymy jak będzie dalej. Tutaj nocleg mamy za 17zł, w standardowym pokoju z wiatrakiem i łazienką.

Chyba każdy wie z czego na całym świecie słynie Tajlandia i nie mam tu na myśli akurat pięknych plaż i krystalicznej wody;) Jest ona kompletnym przeciwieństwem swoich tradycyjnych, muzułmańskich sąsiadów. I to widać już nawet tu, w Hat Yai. Panuje tutaj większa swoboda. Wieczorami na ulice wychodzą prostytutki, zadbane, atrakcyjne, zgrabne, młode z pozoru kobiety;) Spacerują tymi ulicami i czekają aż ktoś się nimi zainteresuje. Nie tylko turyści, ale miejscowi też. Nikogo to nie powinno dziwić, w Tajlandii jest przyzwolenie na prostytucję. Jednak te atrakcyjne „panie” to LadyBoy, bądź jak inni wolą SheMale. Górną część ciała mają kobiecą a dolną męską ;) Na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe. Taka ładna dziewczyna i jest facetem?? Ale tak! Można rozpoznać ich po męskim głosie. Zresztą jak się z którąś porozmawia to się przyznają do tego otwarcie (w Tajlandi ponoć operacje biustu są bardzo popularne. Wykonuję się ich tu najwięcej i za niską cenę). Są to zapewne sympatyczne osoby, z jedną z nich miałam okazję rozmawiać, które wybrały taki a nie inny sposób na życie. Gdyby nie było tym zainteresowania, to ich pewnie też by nie było.

Pozdrawiam

rybka



Mamy wizę, jedziemy do Tajlandii:)

25 11 2009

23 listopada byliśmy w konsulacie tajskim w Penang, dostaliśmy wizę turystyczną na 60 dni. Jutro już ruszamy do Tajlandii. Naszym celem są wyspy Tarutao National Park. Jeszcze dokładnie nie wiemy którą wybierzemy. Ko Tarutao, Ko Adang czy może jeszcze inną.Czas na podjęcie decyzji i zaopatrzenie się w prowiant będziemy jeszcze mieli w Hat Yai (postój na jedną noc w drodze z Penang). Wyspy słyną z tego, że są dzikie i nieskażone komercją i turystyką. Warunki mieszkalne są spartańskie, ale za to są piękne, dzikie plaże, wodospady, jaskinie, egzotyczna roślinność i zwierzęta. Jak tam będzie naprawdę to się okaże gdy dotrę, nie wiem jak z internetem. Prawdopodobnie nie będzie, więc przez jakiś czas może nic się nie dziać na blogu, co nie znaczy, że u mnie nic się nie dzieje:)

Wyprawa do konsulatu nie była trudna, wizy przyznają na miejscu. Trzeba złożyć paszport z wypełnionym wnioskiem, kserokopią głównej strony i dwoma zdjęciami. Dokument jest do odbioru popołudniu tego samego dnia. A co do zdjęć to nasze były zrobione we Wrocławiu przez nas i odpowiednio wyedytowane  w Gimpie! Nikt nie zauważył różnicy między tymi a zdjęciami od fotografa. W oczekiwaniu na nasze wizy odwiedziliśmy również Batu Ferringhi, najpiękniejsze wybrzeże wyspy Penang. Za nim dotarliśmy na główną plażę szliśmy wzdłuż wybrzeża w mieście. Ścieki wpadające do morza, biegające w nich robaki i szczury to nie jest zachwycający widok plaży.  Ja osobiście byłam zszokowana, że nikt o to nie dba. W pobliżu stoją luksusowe hotele, z których powinien być widok na piękne wybrzeże a tym czasem przypomina to bagno. Główna plaża jest już o wiele ładniejsza i przyjemniejsza, ale też nie jest jakaś wyjątkowa. Cóż, Penang nie słynie z pięknych plaż jak np Gili, ale warto też zobaczyć takie miejsca. Przecież świat też  tak wygląda. W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze buddyjską świątynię.  Z ogromnymi pozłacanymi posągami bóstw. Wchodzisię do niej boso. Kolorowa i bardzo ładna.

Po drodze spotkaliśmy całkiem sporą jaszczurkę:)

Pozdrawiam

rybka



George Town

22 11 2009

W tej chwili na Penang jest koniec pory deszczowej, jest ciepło, ale słońce chowa się za chmurami. Od czasu do czasu w ciągu dnia pada deszcz.  Jak już wcześniej wspominałam w George Town nie ma tu specjalnych atrakcji, jest to mało turystyczne miejsce. Za to idealne na złapanie oddechu po bieganinie w bardziej zatłoczonych miejscach. W ciągu dwóch dni da się obejść i poznać okolicę. Kolonialne zabytki, port, Litlle India i Chinatown. Są to najbardziej „żywe” dzielnice w mieście chociaż w niedzielę i tak wszystko jest zamknięte a ulice pustoszeją. Cisza i spokój.

A o to kilka fotek z George Town:


To miasto nie jest wyjątkiem, które uchowało się przed brudem i zniszczeniem trzeciego świata. Zabytki kolonialne pięknie się prezentują, ale większość ulic jest zwyczajna i wygląda tak:

A niektóre nawet tak:

Nie trzeba jednak daleko szukać, żeby podobne zjawisko dostrzec u nas. Ileż pięknych kamienic stoi zniszczonych przez czas i zaniedbanych we Wrocławiu, którymi nie chce się  nikt zająć.

Pozdrawiam

Rybka