Powrót do rzeczywistości

27 03 2010

Z Kuala Lumpur przylecieliśmy do Londynu. Będąc już jedną nogą w domu postanowiliśmy zatrzymać się w mieście na kilka dni. Byłam w Londynie wcześniej, ale bardzo krótko, więc teraz mogłam nadrobić wszystkie zaległości. Najbardziej zależało mi na British Muzeum z eksponatami ze Starożytnego Egiptu:)

Londyn wraz ze swoimi sklepami, budynkami, zasadami, regułami i społeczeństwem jest zupełnym przeciwieństwem Azji, gdzie panuje pewnego rodzaju nieład i brak jakichkolwiek zasad i regulacji. Jedno i drugie jest skrajnością. Londyn pod względem architektonicznym jest piękny, ale życie biegnie tam zbyt szybko.  W bieganinie między pracą, galeriami a mieszkaniem nie ma czasu na chwilę refleksji. Do tego jeszcze brytyjska, deszczowa pogoda jest bardzo przygnębiająca.

Warto było jednak spedzić te 3 dni w centrum Europy:) Jeszcze bardziej uświadomiłam sobie, że dobrze mi jest z tym co mam:)

Pozdrawiam rybka

P. S

Od wczoraj jestem w Polsce z czego bardzo się cieszę. Dobrze jest wrócić do swojego miasta, do swoich miejsc. Ciągle jeszcze mi się wydaje, że  muszę odejmować 7h od czasu, który widzę na zegarku, ale już powoli wracam do rzeczywistości:)



To już jest koniec…

21 03 2010

Melaka przywitała nas w iście azjatyckim stylu, pluskwami w pokoju. Jeszcze na koniec poczuliśmy prawdziwy klimat podróży;)

Miasto jest położona nad morzem, ale wybrzeże jest mało atrakcyjne, bez plaży. Bardzo przypomina George Town. Po za muzeum narzędzi tortur i drewnianym, portugalskim statkiem przycumowanym do brzegu to tu nie ma nic wyjątkowego. Jednak jest to ostatnie miejsce, które odwiedziliśmy przed naszym wylotem do Europy.

Pamiętam jak pakowałam się przed wyjazdem i jak szkoda było mi opuszczać znane miejsca a jednocześnie ciągnęło mnie w nowe strony. Tym razem jest podobnie. Z chęcią wrócę do Polski, ale ostatnie 5 miesięcy żyłam w tym rejonie i zdążyłam się do niego przyzwyczaić. Czas biegnie do przodu nieubłaganie. Jednak wszystkie wrażenia i przemyślenia zabieram ze sobą, będą w mojej głowie już na zawsze…

Pozdrawiam

rybka



Opluj chodnik w Singapurze

20 03 2010

Dwa dni spędzone w Singapurze pozwoliły mi zapomnieć jak wygląda prawdziwy świat. Znalazłam się w miejscu gdzie jest czysto i ładnie a komunikacja miejska stoi na wysokim poziomie. Na ulicach nie widać biednych i żebrzących, ale dobrze ubranych ludzi, wyposażonych w laptopy, przenośne konsole do gier, nowoczesne telefony i mp3. Siedząc nad rzeką pomiędzy biznesowymi wieżowcami można poczuć się jak w filmie „Seks w wielkim mieście”.

Jednak w Singapurze trzeba być ostrożnym.  Jest to bardzo restrykcyjne państwo – miasto. I to nie tylko pod względem narkotyków. Wysokie kary pieniężne grożą za śmiecenie na ulicy, plucie, palenie papierosów,  karmienie ptaków a nawet jedzenie i picie w metrze i przejściach podziemnych. Żucie gum jest również źle postrzegane. Większość miejsc publicznych jest monitorowana. Jadąc kolejką z lotniska do centrum usłyszeliśmy nagle komunikat, że jeśli zaobserwuje się coś lub kogoś podejrzanego to natychmiast należy to zgłosić obsłudze. W pewnym momencie czułam się jakby wszyscy w wagonie patrzyli na nas. Zdecydowanie wyróżnialiśmy się z tłumu, zmęczeni po podróży, z plecakami na plecach, w luźnych, schodzonych ciuchach bez laptopa pod ręką i słuchawek w uszach…

Mimo wszystko  jest przyjemnie. Nie ma problemu z porozumiewaniem się, każdy mówi po angielsku. Komunikacja miejska jest bardzo klarownie opisana a  usługi są na wysokim poziomie. Sklepy i restauracje są czyste i ładne, prawe wszędzie, tylko nie w dzielnicy Little India. Chyba w każdym większym mieście ten rejon  jest najbardziej brudny.

W Singapurze panują zupełnie inne standardy niż w całej Azji południowo – wschodniej. Jest bardzo dużo zieleni i parków. Większą uwagę zwraca się na wygląd, gadżety i ekologię. Nawet suszarki do rąk w toaletach są ekologiczne! Jednak czar pryska, gdy wyjedzie się po za granice Singapuru, do zwyczajnego azjatyckiego kraju, gdzie nie ma żadnych restrykcyjnych regulacji i panuje jeden wielki nieład.

Niestety podczas tak krótkiego pobytu cały czas padało! Zaczęła się pora deszczowa. Mimo to udało nam się odwiedzić parę miejsc, min. nowoczesne muzeum narodowe (w którym jeszcze załapałam się na wystawę o moim ulubionym Starożytnym Egipcie:)) i wyspę Santosa, gdzie znajdują się kasyna, park rozrywki i studio Universal.

Przed nami ostatni przystanek w Melace i czas wracać do Europy:)

Pozdrawiam

rybka



Chiang Rai i Złoty Trójkąt

16 03 2010

Złoty trójkąt jest to miejsce gdzie spotykają się trzy państwa – Laos, Tajlandia i Birma. Słynęły one z produkcji i rozprowadzania opium na skalę światową. Do niedawna nawet turyści mogli spróbować opium, była to jedna z tutejszych atrakcji. Oficjalnie jest to już zabronione i nielegalne. Za posiadanie i przemycanie opium lub narkotyków jego pochodnych grożą wysokie kary, łącznie z karą śmierci.

W Birmie rośnie najwięcej maku i podejrzewam, że tam jakaś produkcja się uchowała. W Laosie na północy kraju można spotkać jeszcze kobiety z fajkami w ustach. W Tajlandii natomiast opium jest już tylko muzealną atrakcją turystyczną, król starał się zwalczyć produkcję i sprzedaż opium. Zaczęto nawet edukować ludność, że można żyć w inny sposób niż z przemytu narkotyków. Chociaż wydaje mi się, że gdzieś na wioskach ludzie dalej palą, jest to przecież pewien element ich tradydycji i kultury.

Przy granicy z Birmą i Laosem znajdują się dwa muzea opowiadające opiumową historię. Zdecydowanie warte odwiedzenia jest „Hall of Opium” ( w „House of Opium” nie znajduje się nic wyjątkowego, jest ono tańsze, ale mniejsze a wystawy są uboższe). Jest to jedno z niewielu miejsc w Azji, które wywarło na mnie takie wrażenie! Profesjonalne wystawy, dobrze dobrana muzyka i światła. Do tego dochodzą audiowizualizacje i ciekawe eksponaty. Nie czułam się tam jak w trzecim świecie, ale jak w europejskim mieście. Muzeum powstało z inicjatywy króla, aby przedsawić ludzią historię opium nie tylko w Azji, ale na całym świecie oraz skutki zażywania narkotyków. Nastrój panujący w muzem skłania do refleksji i przemyśleń. Zwiedzenie całego zajęło mi dobre 2h jak nie więcej.

Jeśli chodzi o Chiang Rai jest to chyba jedna z bardziej cywilizowanych miejscowości niedaleko Złotego Trójkąta. W samym miasteczku nie ma nic specjalnego poza muzeum i wieżą zegarową oraz nocnym marketem. Uwielbiam chodzić po lokalnych targowiskach, można tam dostać ciekawe i unikalne rzeczy. Zwolennicy zwiedzania świątyń również będą mieli co robić w Chiang Rai. Władze miasta postanowiły edukować mieszkańców jak zabezpieczać się przed AIDS, powstała restauracja Cabbages & Condoms, w której rozdają prezerwatywy w dwóch różnych rozmiarach: tajskim i europejskim :)

Turystów nie ma tu wielu, bo większość zatrzymuje się dopiero w większym mieście Chiang Mai. Jednak to miasteczko ma swój urok, jest czyste, tanie i jest to wypadowa miejscowość do Złotego Trójkąta. Nam dojazd skuterem zajał 2h.

Z Chiang Rai mamy również wylot do Bangkoku a później Singapuru. I to już jutro. Szczerze mówiąc to jedną nogą jestem już w domu…

Pozdrawiam
rybka


Luangprabang

11 03 2010
Luangprabang jest uroczym, kolonialnym miasteczkiem położonym między dwoma rzekami w górach na północy Laosu. Temperatura jest tu zdecydowanie niższa niż na południu kraju, ale to dobrze, bo nadaje to taki specyficzny nastrój w miasteczku.
Jest to bardzo europejska miescowość, powiedziałbym, że chyba najbardziej cywilizowana ze wszystkich w Laosie. Przede wszystkim jest czysto, o co bardzo trudno w Azji! I nie przeszkadza mi fakt, że ulicami chodzi mnóstwo turystów. Są miejsca gdzie się czuję dobrze wraz z innymi podróżującymi a Luangprabang właśnie do tych miejsc należy. Czuć tu ten kolonialny klimat a uroku dodają widoki gór. Vang Vieng było podobne, ale tam panował bardziej imprezowy nastrój, tym czasem tutaj jest cisza i spokój. Do tego mamy ładny, drewniany pokój, który mi przypomina górskie schroniska z Zakopanego.
Wart uwagi jest tu nocny market, na którym można kupić mnóstwo pamiątek, często ręcznie wykonanych. Oczywiście trzeba się targować ze sprzedawcami, ale ceny i tak są bardzo niskie a rzeczy wyjątkowe. Do tego można zjeść smacznego naleśnika przyrządzanego za $1 na słodko lub słono czy wypić szejka ze świeżych owoców za 0,5$. Szwędając się po targu natknęłam się nawet na kiełbasę! Smakowała całkiem nieźle jak na ten region. Tutaj raczej kiełbas się nie jada, ale produkją je chyba pod turystów. Jak ja się już stęskniłam za polskim jedzeniem, zwłaszcza chlebem!
W miasteczku zatrzymaliśmy się tylko na dwie noce, wczoraj zdążyliśmy wybrać się na wycieczkę do jednej z pobliskich jaskin. Akurat przyjechaliśmy popołudniu, gdy wejście było zamknięte, ale przewodnik okazał się bardzo miły i nas jeszcze wpuścił a po zwiedzaniu zaprosił na rozgrzewającego kieliszeczka „Moonshine”. Dzięki temu, że nie przyjechaliśmy rano tak jak to robi większość, unikneliśmy tłumu wycieczkowiczów. Cała jaskinia była tylko dla nas.  Rzeka, las i góry, które ja otaczają trochę przypominały mi klimat z filmu „Truposz”, który nie jest wcale straszny.
Czas nistety nagli.  Dzisiaj wieczorem nocnym autobusem wyruszamy prosto do granicy Tajlandzkiej, żeby zobaczyć jeszcze „Złoty Trójkąt”.
Pozdrawiam
rybka